środa, 17 października 2012

# Firmy które pracowały z nazistami.

Ferdynand Porshe (L), Adolf Hitler i konstruktorzy w czasie omawiania prototypu samochodu. Fot. Getty Images/FPM
Ferdynand Porshe (L), Adolf Hitler i konstruktorzy w czasie omawiania prototypu samochodu. Fot. Getty Images/FPM
Biznes bywał ważniejszy niż prawa człowieka, na zbrodnie można było przymykać oczy. Oto szereg słynnych firm, które w czasie rządów Hitlera zapisały wstydliwe rozdziały swojej historii.
BMW: konie mechaniczne i praca niewolnicza
Już w latach 20. – kiedy wielu niemieckim przedsiębiorstwom zaglądało w oczy widmo plajty – BMW zarabiało na kontraktach na dostawę silników lotniczych do ZSRR. Z kolei po wybuchu wojny koncern stał się dostawcą Luftwaffe. Cała fabryka w Monachium została przestawiona na tory produkcji wojennej. Do 1945 r. firma wyprodukowała ponad 30 tys. silników, prowadziła też prace nad napędem odrzutowym i bronią rakietową. Wypuszczała również na rynek motocykle z charakterystycznym koszem.


Poczynając od roku 1941 r., blisko połowę siły roboczej BMW stanowili różnego typu robotnicy przymusowi: jeńcy wojenni czy więźniowie obozów koncentracyjnych. Największa grupa pochodziła z siedmiu podobozów KL Dachau, których komanda miały pracować właśnie przy montowaniu i naprawianiu silników lotniczych. Do wykorzystania 30-tysięcznego kontyngentu robotników przymusowych firma przyznała się dopiero pod koniec lat 90.
Warto też wspomnieć, że silne powiązania z nazistowskim reżimem miał patriarcha rodziny Quandtów (posiadacze sporej części udziałów w dzisiejszym BMW). Günther Quandt był jednym z przemysłowych potentatów Rzeszy, a jego interesy korzystały zarówno na wywłaszczaniu żydowskich przedsiębiorstw (na kilku po prostu położył rękę), jak i na bliskich relacjach z nazistowską kamarylą. Magda Ritschel, nim została żoną hitlerowskiego ministra propagandy Josepha Goebbelsa, przez osiem lat była związana właśnie z Quandtem seniorem.
Diabeł ubierał się u Bossa
Kiedy kolejne fale kryzysu i inflacji przetaczały się przez Republikę Weimarską, krawiec Hugo Boss ledwie uratował odziedziczoną po rodzicach fabrykę od bankructwa. Wierzyciele zostawili go z sześcioma maszynami do szycia, by mógł stanąć na nogi. Boss szył więc mundury dla policjantów i listonoszy. A w 1931 r. został członkiem-sponsorem partii nazistowskiej.
Dostarczał jej tego, na czym znał się najlepiej: odzieży. SS, SA, Hitlerjugend – pierwowzory uniformów dla tych organizacji wyszły właśnie od Bossa. Przed dojściem nazistów do władzy projektant zarabiał ponad 30 tys. marek rocznie, w pierwszym roku wojny niemiecko-sowieckiej jego dochody były ponad stukrotnie wyższe (3,3 mln marek). Jeszcze na początku 1945 r. fabryka Bossa szyła dla nazistów zamawiane mundury.
W procesie denazyfikacyjnym Hugo Boss został zakwalifikowany jako aktywny nazista. Tłumaczył, że dołączył do NSDAP, by uratować firmę – w rzeczywistości jednak był lojalnym współpracownikiem i beneficjentem hitlerowskich rządów. Pozbawiono go praw wyborczych, odsunięto od kierowania przedsiębiorstwem i skazano na wysoką grzywnę. Zmarł trzy lata po wojnie – firma przetrwała, a jej spadkobiercy uczynili z Hugo Bossa markę o światowej renomie.
O przeszłości firmy zrobiło się głośno dopiero w latach 90. Okazało się przy tej okazji, że Hugo Boss korzystał też podczas wojny z pracy przymusowej – w sumie kilkudziesięciu jeńców wojennych i ok. 150 robotników z krajów podbitych przez Rzeszę.
Siemens: ubolewamy i płacimy
Na początku obecnego stulecia BBC doniosła, że Siemens chciał zarejestrować w amerykańskim urzędzie patentowym nazwę "Zyklon" dla serii swoich urządzeń do użytku domowego, m.in. piecyków gazowych (!). Oczywiście odpowiedzią była fala oburzenia. Firma szybko wycofała się z koszmarnego pomysłu.
Skojarzenia były aż nadto oczywiste. W drugiej połowie lat 30. Siemens stał się jednym z nazistowskich monopoli przemysłowych. Zajmował blisko jedną trzecią niemieckiego rynku elektrotechnicznego i zatrudniał prawie 200 tys. ludzi, a wskaźniki te miały podczas wojny jeszcze wzrosnąć.
Siemens ochoczo korzystał z niewolniczej siły roboczej, m.in. w obozie w Bobrku (podobóz Auschwitz). Więźniowie wytwarzali tam głównie przełączniki elektryczne do niemieckich samolotów i okrętów podwodnych. Z kolei w podobozach skupionych wokół Ravensbrück więźniarki pracowały nad częściami elektrycznymi do pocisków V-1 i V-2.

Przez dziesięciolecia firma utrzymywała, że poza wyrażeniem "ubolewania" nie poczuwa się do finansowej odpowiedzialności za korzystanie z pracy przymusowej w latach wojny. Ale pod koniec lat 90., idąc za przykładem Volkswagena, Siemens utworzył specjalny fundusz odszkodowawczy dla ofiar pracy niewolniczej. Odszkodowania z puli ponad 12 mln dolarów zaczęto wypłacać na początku obecnego stulecia.


Volkswagen: wielki inżynier z brudnymi rękami
W przeciwieństwie do innych tu wymienionych, marka Volkswagen jest "dzieckiem" epoki nazizmu. Pomysł na "samochód dla ludu" podrzucił Ferdinandowi Porsche sam Hitler; podsunął też inżynierowi (wzorowany na czechosłowackiej tatrze) "żukowaty" kształt auta. Produkcja KdF-wagenów ruszyła w 1938 r. To był samochód, na którym oparto po wojnie słynnego "Garbusa".
Idea była następująca: stworzyć samochód, który będzie kosztować niecały tysiąc marek i na który będzie sobie mogła pozwolić każda niemiecka rodzina. Kusząc wizją własnego automobilu, nazistowskie władze zachęcały do odkładania "pięciu marek na tydzień".
Ale warto pamiętać, że Kübelwagen, czyli coś w rodzaju hitlerowskiego wojskowego jeepa, to także wyrób VW. W 1998 r. firma przyznała, że podczas wojny pracowało dla jej potrzeb 15 tys. robotników przymusowych – wielu spośród nich na specjalne żądanie fabryki. Pod koniec wojny blisko 80 proc. robotników Volkswagena stanowili więźniowie!
Nie można też nie wspomnieć w kontekście Volkswagena o roli rzeczonego Ferdinanda Porsche – jednego z najsłynniejszych konstruktorów XX wieku. Przyłożył on też rękę do najważniejszych projektów wojskowych Rzeszy: czołgów Tygrys, bombowca Junkers 88 czy pocisku V-1. "Wielki inżynier" – jak go nazywano na szczytach nazistowskiej władzy – nie zachował czystych rąk.
Allianz: jak ubezpieczyć nazistów
Historia dzisiejszego giganta świata finansów sięga końca XIX w., za to na rządy nazistów przypada jej wybitnie niechlubna karta. Prezes zarządu Allianz, Kurt Schmitt, w latach 1933-35 był ministrem gospodarki Rzeszy. Zresztą spółka już w 1930 r. była w znakomitych kontaktach z NSDAP. Hermann Göring bywał na obiadach z szefami firmy, a Allianz w trudnych dla partii nazistowskiej czasach udzielał jej pożyczek.
Kurt Schmitt m.in. zaoferował nazistom dotację 10 tys. marek na kampanię wyborczą. Oprócz posady w rządzie Hitlera był też honorowym członkiem SS, a kiedy opuścił stanowisko ministerialne, nada wspierał Himmlera (jako szef rady nadzorczej koncernu AEG) regularnymi dotacjami.
Z kolei dyrektor generalny Allianz, także związany z najbliższym otoczeniem Hitlera, odpowiadał za zablokowanie wypłaty świadczeń ubezpieczeniowych na rzecz tych Żydów, którzy ucierpieli podczas Nocy Kryształowej – należne im środki przejęło państwo.
Co zaś było najbardziej haniebne: przedsiębiorstwo ubezpieczało własność i personel nazistowskich obozów koncentracyjnych i obozów śmierci, w tym Auschwitz czy Dachau. Inspektorzy Allianz w celu oceny ryzyka ubezpieczeniowego odwiedzali te obozy – firma nie mogła więc nie wiedzieć, w jakim procederze uczestniczy.
Ford: inspiracja dla Führera
Rok przed wybuchem wojny Henry Ford – wybitny przedsiębiorca samochodowy – został nagrodzony przez Hitlera Orderem Orła Niemieckiego. To było najbardziej prestiżowe odznaczenie, jakie Trzecia Rzesza mogła przyznać cudzoziemcowi. Hitlerowi nie chodziło zapewne tylko o czeki na 100 tys. marek, które Ford miał w zwyczaju wręczać mu na urodziny.

Himmler już w latach 20. uważał Forda za "jednego z najbardziej wartościowych bojowników naszej sprawy", a Hitler i wielu innych czołowych nazistów – za "inspirację". Amerykański magnat samochodowy w latach 20. wydawał tygodnik, na łamach którego przedrukowano m.in. osławione "Protokoły mędrców Syjonu". Sam zaś opublikował cykl antysemickich artykułów "Międzynarodowy Żyd" (autorstwa później się wypierał).

Podczas wojny niemieckie zakłady firmy, Ford-Werke, pozostawały wprawdzie formalnie nieznacjonalizowane, ale w praktyce były pod kontrolą nazistowskich władz. Produkowały ciężarówki dla armii oraz części do pocisków V-2. Korzystały przy tym oczywiście z pracy niewolniczej. Amerykańska centrala firmy o tym raczej na pewno nie wiedziała. Co nijak nie zaprzecza temu, że same tylko zażyłe kontakty Henry’ego Forda z władzami Trzeciej Rzeszy chluby jego przedsiębiorstwu nie przyniosły.
General Electric: interes ponad frontami
Amerykańska korporacja pojawiła się na niemieckim rynku na długo przed wojną, zdobywając znaczne udziały w koncernie elektrotechnicznym AEG oraz oświetleniowym OSRAM. GE, za pomocą mianowanych przez siebie członków zarządów, mogło wywierać znaczny wpływ na zachowania obu koncernów w ich własnym państwie.
Jednym z bardziej skandalicznych przejawów tego wpływu było dotowanie funduszu wyborczego nazistów. Od jesieni 1932 r. do wiosny roku następnego – a więc w okresie decydującym o dojściu Hitlera do absolutnej władzy – na fundusz ów przekazano ponad 2 mln marek. Kilkadziesiąt tysięcy z tej puli przypadło na firmy, w których International General Electric było współwłaścicielem.
Ponadto korporacja została w 1946 r. ukarana przez amerykańskie władze. Powodem była zmowa General Electric z zakładami stalowymi Kruppa – czyli jednym z flagowych przedsiębiorstw nazistowskich Niemiec. Jaki był cel zmowy? Chodziło o reglamentację wolframu, m.in. poprzez ustawianie cen tego surowca, istotnego dla produkcji wojennej. Powojenne grzywny wymierzone w General Electric były jednak symboliczne.
IBM-Dehomag: policzono, podzielono, wymordowano
Naziści od początku swojego panowania uczynili prześladowanie Żydów elementem obowiązującej ideologii. Ale najpierw musieli się dowiedzieć, jak Żydów zidentyfikować i zarejestrować. W oparciu o takie spisy można było najpierw wywłaszczać i pozbawiać stanowisk, a potem: deportować do gett i obozów zagłady.
Komputerów jeszcze nie było – były za to karty perforowane i technologia ich sortowania. Dostarczyło ich Trzeciej Rzeszy nowojorskie IBM – to samo, które po kilkudziesięciu latach miało się stać pierwszoplanowym graczem na rynku komputerów osobistych.
Do III Rzeszy trafiły ponad dwa tysiące maszyn sortujących IBM, a kolejnych kilka tysięcy znalazło się potem w państwach okupowanych. Zarząd IBM był najprawdopodobniej  świadomy, do czego się tych technologii używa – zresztą zlecenie od władz Rzeszy miało charakter specjalny, choć początkowo urządzenia miały posłużyć przy pozornie niewinnym spisie ludności. IBM zobowiązało się zresztą do regularnego serwisowania urządzeń i szkolenia personelu, który miał je obsługiwać. Na czele IBM stał wówczas przedsiębiorca bezwzględny i sympatyzujący z nazistami: Thomas J. Watson. Przedstawicielstwem IBM w Niemczech, a niebawem: w całej okupowanej przez hitlerowców Europie, stała się spółka Dehomag, przejęta uprzednio w latach kryzysu.
Zbieranie danych za pomocą kart perforowanych i maszyn sortujących najpierw było pomocne nazistom przy akcji sterylizacji osób upośledzonych, a potem ich eutanazji. Urządzenia i technologie IBM znalazły też swoje miejsce w obozach koncentracyjnych i zagłady. Badaniom związków amerykańskiej korporacji ze zbrodniczymi dokonaniami Hitlera poświęcono książkę: "IBM i Holocaust" (aut. Edwin Black).
BASF i Bayer: dziedzictwo kombinatu zbrodni
Trust IG-Farben, który miał się okryć niesławą w latach II wojny światowej, powstał w połowie lat 20., a w jego skład weszło sześć wielkich firm z branży chemicznej. Nazwy co najmniej dwóch spośród nich: Bayer i BASF – znamy do dziś.
Bez IG-Farben Hitler nie mógłby prowadzić wojny, jaką sobie wymarzył. Przemysłowe imperium dostarczało większości materiałów niezbędnych dla frontu: syntetycznego kauczuku i paliwa, prochu czy materiałów wybuchowych. Miało też patent na cyklon B (produkowany przez firmę Degesch, w której IG-Farben miało ponad 40-procentowe udziały) – a więc środek, którego użyto do masowego mordowania ludzi w komorach gazowych.
Po wojnie szefów IG-Farben oskarżono podczas jednego z procesów norymberskich. Ale od większości zarzutów ich uniewinniono. A wielu spośród nich miało powrócić do biznesu już w realiach gospodarki wolnorynkowej. Za powojennym odrodzeniem BASF jako samodzielnej spółki stał Carl Wurster. W latach wojny należał do nazistowskiej elity przemysłowej, a po niej alianci wprawdzie go sądzili, ale skończyło się na oddaleniu zarzutów.
Z kolei w 1956 r. do rady nadzorczej Bayera został wybrany Fritz ter Meer. Sprawa zakrawała na skandal, bo ter Meer był związany z IG-Farben przez całe 20 lat istnienia koncernu. Podczas wojny brał udział w projektowaniu obozów w Monowicach i Bunie (podobozy Auschwitz), a w Norymberdze skazano go za udział w eksperymentach pseudomedycznych właśnie w Oświęcimiu.
Ter Meer odsiedział ledwie dwa z siedmiu lat. A potem jego haniebna przeszłość nie przeszkadzała, jak się zdaje, wielu innym firmom oprócz Bayera – miał jeszcze zasiadać w co najmniej kilku zarządach.
źródło:: wiadomosci.onet.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz