niedziela, 16 września 2012

# Niewinność muzułmanów ,niewinność żydów.

Coś niebywałego: zdjęcia, na których zwłoki amerykańskiego ambasadora są wleczone po libijskiej ulicy i poniżone, niczym niespełna rok wcześniej zmaltretowane ciało Muammara Kaddafiego… Jak je wytłumaczyć? Od kiedy wybuchła światowa afera z filmem „Niewinność muzułmanów” mamy do czynienia z prawdziwą plątaniną twierdzeń i dementi, z nagłymi zmianami obrazu i perspektywy, co w sposób nieunikniony doprowadza do ogólnego zakłopotania mediów i różnych czynników rządowych. Spójrzmy na ten zaskakujący zestaw medialnych przemian.
Zmiana numer jeden
Najpierw dowiedzieliśmy, że amerykański ambasador zginął w wyniku ataku demonstrantów na budynki amerykańskiego konsulatu w Benghazi. Wśród manifestantów oburzonych poniżającym dla muzułmanów filmem mieli znaleźć się mężczyźni z ręcznymi wyrzutniami rakiet, co w zasadzie nie powinno dziwić – nawet Polska, jak kilka innych krajów, dostarczała broń libijskim, pobożnym rebeliantom. Był to dar demokracji i teraz Libijczycy – indywidualnie – należą do najbardziej uzbrojonych ludzi na świecie, doganiając nawet Amerykanów.
Kiedy jednak Associated Press i inne agencje poinformowały, że producentem filmu jest Amerykano-Izraelczyk, a jego finasowanie miało pochodzić od anonimowych, izraelskich darczyńców, wizja śmierci ambasadora zmieniła się w ciągu kilku godzin. W Ameryce pojawili się komentatorzy i eksperci, którzy zaczęli tłumaczyć, że śmierć ambasadora nie ma nic wspólnego z filmem, a z demonstracją najwyżej tyle, że zamachowcy wykorzystali owe zamieszki. Ich akcji nie należy więc kojarzyć z kinematografią tylko raczej z datą: 11 września, która jak wiadomo oznacza „Al-Kaidę”. Na tym etapie zresztą niektórzy, zapewne z powodu z skojarzeń wizualnych, sugerowali jeszcze, że sprawcami mogą być jacyś kaddafiści – ostatecznie zwyciężyła jednak teza, że jednak byli to integryści religijni. Wczoraj, po konsultacjach z Amerykanami, tę wersję potwierdził rząd libijski – był to więc wcześniej zaplanowany zamach, paradoksalnie jak najdalszy od tytułu filmu.
Zmiana numer dwa
Kiedy zamachowcy zostali już odcięci od sztuki filmowej, nastąpiła radykalna zmiana w podejściu mediów do pochodzenia producenta filmu, który wywołał jednak sporo zamieszania (poza śmiercią ambasadora). Można tu posłużyć się przykładem naszej Gazety Wyborczej. Kwestia obywatelstwa owego producenta gdzieś znikła, rozpłynęła się – jego osobę powinniśmy kojarzyć raczej z jego wyznaniem: jest on chrześcijaninem (koptem pochodzenia egipskiego). I oto Wyborcza pozornie zdementowała swoje pierwsze informacje dając następnej wytłuszczony i zadziwiająco długi tytuł „To nie amerykański Żyd, lecz egipski chrześcijanin zrobił bulwersujący film o Mahomecie?”. Sam ten znak zapytania świadczy o skołowaceniu dziennikarzy, ich niepewności, ale jest też pewnym zabezpieczeniem.
Można się zastanawiać, co Wyborcza rozumie przez „Żyd” w tym kontekście. W każdym razie, skoro sprawa obywatelstwa jakoś znikła, pojawia się delikatny problem narodowości, który ma sugerować wyznanie (ta osoba nie jest żydem), a być może również to, że nie jest Izraelczykiem. Nie wiadomo! Wyborcza właściwie niczego nie dementuje, gdyż jest sporo obywateli Izraela, którzy jednak nie są żydami (i zdarza się nawet, że służą w wojsku, jak druzowie).
Trochę się natrząsam, lecz rozumiem dziwną sytuację mediów – należy odepchnąć całą historię filmu od skojarzeń z Izraelem, gdyż najprawdopodobniej, że nie ma on z tą całą sprawą nic wspólnego, a tym bardziej amerykańscy żydzi.
Wiarygodne dementi
Skąd się wzięły dementi? Agencje prasowe zaczęły reprodukować słowa niejakiego Steve’a Kleina, przedstawionego jako chrześcijanin-ekstremista, który był „konsultantem” filmu. To on powiedział wyraźnie całemu światu, że Izrael nie miał nic wspólnego z produkcją filmu. Swoją drogą to nie było właściwie tak, że np. jakaś agencja zrobiła wywiad z owym „konsultantem”, bo to teraz niełatwe, cytowano po prostu wywiad z Kleinem przeprowadzony przez Jeffreya Goldberga z konserwatywnego magazynu The Atlantic. Może i nie warto o tym wspominać, ale publicysta Goldberg ma akurat podwójne obywatelstwo amerykańsko-izraelskie, służył nawet w Cahalu (jako strażnik więzienny).
Wywiad w The Atlantic był więc rozmową między izraelskim patriotą, zapewne przejętym niesłusznymi podejrzeniami, jakie przypadkowo padły na jego kraj, a chrześcijaninem, który im jasno zaprzecza. Skoro mówimy o wyznaniach, warto zwrócić uwagę, że Klein nie jest koptem, lecz protestantem, ewangelikiem z nutru tzw. chrześcijaństwa syjonistycznego. Ów nurt istnieje właściwie tylko w Ameryce; jego wyznawcy uwierzyli, że istnienie i siła współczesnego Izraela są niezbędne dla ich przyszłego zbawienia (wejścia do Królestwa Niebieskiego). Sami stanowią wielką siłę wyborczą – jest ich ok. 40 milionów i wraz z organizacjami żydowskimi w Stanach mają duży wpływ na politykę Białego Domu. Klein jest klasyfikowany jako „ekstremista” gdyż jest ultra-syjonistą (wierzy w świętość państwa Izrael), podobnie jak słynny podpalacz Koranu, jego kolega, pastor Terry Jones.
Zaczynają się schody
Dalej zaczynają się schody, bo doprawdy nie wiadomo co zrobić z niepewnymi informacjami jakoby zarówno Klein, jak i Goldberg byli współpracownikami MEMRI. Pamiętacie, jak brytyjski premier Blair mówił przed wojną w Iraku, że tamtejszy przywódca Husajn może w 40 minut odpalić bronie masowej zagłady, które grożą całemu światu? Okazało się dużo później, że premier wyczytał tę niestety kompletnie fałszywą informację w analizie-raporcie przygotowanym przez MEMRI właśnie. Middle East Media Research Institute jest wydziałem propagandy zagranicznej izraelskiego wojska, założonym wspólnie przez pułkownika Mosadu Yigala Carmona i Amerykano-Izraelczyka (lub odwrotnie, chodzi o podwójne obywatelstwo) Meyrava Wurmsera, politologa, później osobistego doradcę wiceprezydenta Cheneya (za czasów Busha).
Siedziba MEMRI mieści się w Waszyngtonie, gdzie cieszy się statusem organizacji non-profit i nie płaci podatków; utrzymuje się z datków ok. 250 w większości anonimowych sponsorów. Organizacja dostarcza za darmo mediom i publiczności swoje opracowania i czasem lekko przeredagowane tłumaczenia z prasy krajów muzułmańskich, takie, które przedstawiałyby muzułmanów w jak najgorszym świetle (w Polsce przedstawicielem MEMRI jest właściciel anty-religijnej witryny Racjonalista.pl). W każdym razie, nawet jeśli widać, że wokół filmu krąży tyle niejasnych informacji, można zrozumieć, że MEMRI i chrześcijanie-syjoniści nie chcą go wiązać z Izraelem, skoro nie ma on z nim nic wspólnego.
Jak wiadomo wszyscy aktorzy i ekipa zaprzeczyli jakoby kręcili anty-muzułmański film. Ktoś, nie wiadomo kto, dokonał post-postprodukcji, to jest powtórnie udźwiękowił obraz zmieniając dialogi z pomocą nieznanych aktorów, tak by była mowa o Mahomecie – w uwłaczający sposób. Z aktualnych doniesień wynika, że film zrobili wyłącznie chrześcijanie. Ogłoszono nazwiska producenta, promotora i konsultanta i tylko reżyser pozostaje nieznany, czy, jak pisze dziś Wyborcza – „anonimowy”. Do nakręcenia filmu najęto Alana Robertsa, reżysera kilkudziesięciu pełnometrażowych filmów pornograficznych. Możemy oczywiście krytykować wrażliwość niektórych muzułmanów na durne produkcje, jak też ekstremizm pewnych odłamów chrześcijaństwa (który Bóg jest lepszy?), powinniśmy jednak zapomnieć o niewinnych.
Jerzy Szygiel
źródło:  http://www.bibula.com/?p=60907

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz