sobota, 15 grudnia 2012

# Imigranci to też problem Polski.



Wydawać by się mogło, że podnoszenie problemu imigracji w kraju, który jest od kilku wieków raczej dostarczycielem nowych obywateli do państw z całego świata oraz wydaje się mało atrakcyjny ekonomicznie dla potencjalnych przybyszów, jest próbą tworzenia nieistniejącego problemu. Po drugiej wojny światowej, Polska stała się państwem niemal jednolitym narodowościowo. Skala imigrantów w Polsce nie narasta lawinowo z uwagi na eufemistycznie to określając małą atrakcyjność gospodarczą naszego kraju. Mogłoby świadczyć to o tym, że znajduje się po drugiej rzeki niż przedstawiciele krajów, w których  problem imigrantów jest jednym z głównych dylematów dotyczących niemal wszystkich ich mieszkańców. Polacy raczej sami tworzą mniejszości w innych krajach.
Próby tworzenia klimatu wielokulturowości rodzą się czasami w głowach nawiedzonych dogmatyków lewicowo-liberalnych i umierają wraz z końcem dni uchodźcy, Wietnamczyka, społeczności arabskiej i tym podobnych imprez.

Jednak, miarą skuteczności polityki jest m. in. przewidywanie wypadków (albo ruchów przeciwników) dużo wcześniej niż to one nas zaskoczą, a sztuką skutecznej polityki jest przygotowywanie się na najgorsze. Poza tym, procesy społeczne i polityczne mają w chwili obecnej zasięg globalny oraz ogromną dynamikę wewnętrzną.

Naszą rewolucyjną czujność powinno budzić i to, że w ostatnim czasie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji zachowuje się jakby nie miało większych zmartwień w polityce wewnętrznej, opracowując od niedawna dokumenty i wdrażając w życie programy mające m. in. na celu ułatwienia dla cudzoziemców.

Na początek kilka faktów i liczb
Jak wynika z danych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, w 2010 roku w Polsce 97 080 cudzoziemców posiadało ważne karty pobytu, w tym 43 766 na pobyt krótkoterminowy (od roku do 2 lat), a 53 292 zezwolenia długoterminowe. Najliczniejszą grupą obcokrajowców z kartami stałego pobytu w 2010 roku byli obywatele Ukrainy – 28 450, a po nich Rosji – 12 550, Białorusi – 8 995, Wietnamu – 8 567 i Armenii – 3 858.  W ciągu ostatnich dwóch lat na terenie Polski pracowało około 50-60 tysięcy cudzoziemców. W 2010 roku wydano 37 121 zezwoleń na pracę, a w 2009 – 29 340. I znowu najwięcej zezwoleń otrzymali obywatele Ukrainy, bo 13 150, następnie Chin – 6 315, Wietnamu – 2 252, Nepalu – 2 158 oraz Białorusi – 1958. Szacuje się, że od 2008 roku około 150 000 imigrantów sezonowych rocznie wykonywało pracę w naszym kraju na podstawie zarejestrowanego przez pracodawców oświadczenia o zatrudnieniu. Ten uproszony tryb dotyczy obywateli Białorusi, Gruzji, Mołdowy, Rosji i Ukrainy.
Tyle mówią dane dotyczące pracowników z zagranicy. Natomiast na podstawie liczb kart pobytu – dokumentów potwierdzających legalny pobyt w Polsce – Urząd ds. Cudzoziemców ocenia, że pod koniec ubiegłego roku cudzoziemców w Polsce było 97 tysięcy[1]. Urzędnicy przyznają, że żadna z państwowych instytucji nie ma dokładnych danych na temat liczby cudzoziemców przebywających w Polsce.
Jest rzeczą dość charakterystyczną, że ten niewielki liczebnie i jako zjawisko problem imigrantów, porusza nie tylko ideologów multikulturowości, ale zajmuje  tak ważny organ państwa, obarczony wieloma innymi pilnymi sprawami, jakim jest Ministerstwo Spraw Wewnętrznych.  W kwietniu b. r. MSWiA zaprezentowało nowe założenia polityki migracyjnej Polski pod nazwą „Polityka Migracyjna Polski – stan obecny i postulowane działania„, które zakładają m. in. uproszczenie i ujednolicenie procedur dotyczących pozwolenia na pobyt i pracę[2]. Aby opracować jednolity dokument, przy międzyresortowym zespole w kancelarii premiera w 2009 r. powołano grupę ekspertów. W jej skład weszli eksperci właśnie z MSWiA oraz ministerstw: spraw zagranicznych, pracy i polityki społecznej, gospodarki, edukacji, nauki, zdrowia, kultury, finansów i rozwoju regionalnego, a także przedstawiciele KPRM, Urzędu do spraw Cudzoziemców, Straży Granicznej, policji, GUS i ABW. Nasze słabe i niewydolne w wielu dziedzinach państwo podda teraz wspomniany dokument miesięcznym konsultacjom z reprezentacją imigrantów, organizacjami pozarządowymi, ośrodkami badawczymi, związkami zawodowymi i organizacjami pracodawców, a efektem tych prac mają być konkretne regulacje prawne za jakiś czas.
Niedługo potem, Rada Ministrów na posiedzeniu przyjęła założenia do projektu ustawy o zmianie ustawy o udzielaniu cudzoziemcom ochrony na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej oraz ustawy o cudzoziemcach.
W Założeniach… wprowadzono definicje pojęć „przesiedlenie” i „relokacja”. Pierwsze oznacza przeniesienie cudzoziemca objętego ochroną międzynarodową z kraju niebędącego członkiem Unii Europejskiej do Polski w celu nadania mu statusu uchodźcy lub udzielenia ochrony uzupełniającej. Pod pojęciem „relokacja” należy natomiast rozumieć przemieszczenie z państwa członkowskiego na terytorium Polski cudzoziemca objętego ochroną międzynarodową w ramach podziału odpowiedzialności i solidarności między państwami członkowskimi. Swoją drogą, brzmi to złowieszczo w kontekście napływu imigrantów z krajów arabskich do Włoch i prób tego państwa „relokacji” ich po krajach Unii Europejskiej, o czym później. Według nowych przepisów, Rada Ministrów będzie mogła wydać rozporządzenie określające liczbę cudzoziemców, którzy mogą być relokowani lub przesiedlani na terytorium Polski w danym roku lub w ciągu kilku lat. Rozporządzenie określi także państwa, z których będą przybywać cudzoziemcy oraz wysokość środków przeznaczonych na pokrycie kosztów relokacji lub przesiedlenia. Dowolność w ustalaniu tego danej ekipy rządzącej będzie więc spora.
Wprowadzono regulacje pozwolą przeprowadzić znaczną część postępowania o nadanie statusu uchodźcy poza granicami kraju – tam, gdzie cudzoziemcy się znajdują. To rozwiązanie dotyczy jedynie cudzoziemców objętych relokacją lub przesiedleniem. Zmiana w przepisach wyeliminuje możliwość ewentualnego późniejszego wydalenia cudzoziemca, jeśli postępowanie miałoby się zakończyć odmową, co jest kolejnym ukłonem w kierunku wielokrotnie dobijającego się do granic naszego państwa imigranta.
Cudzoziemiec korzystający z pomocy udzielanej poza ośrodkiem dla uchodźców i polegającej na wypłacie świadczenia pieniężnego będzie miał również prawo do dodatkowych świadczeń w postaci nauki języka polskiego, pomocy dydaktycznych dla dzieci korzystających z nauki i opieki w publicznych placówkach oraz pokrycia, w miarę możliwości, kosztów zajęć pozalekcyjnych i rekreacyjno-sportowych dla dzieci. Na razie taka pomoc przysługuje jedynie cudzoziemcom, którzy przebywają w ośrodku dla cudzoziemców. Wprowadza się tym samym też regulację, zgodnie z którą świadczenie pieniężne nie będzie przysługiwało cudzoziemcowi za okres, kiedy przebywał poza granicami Polski.
Zdecydowano, że opieka medyczna i pomoc socjalna będą przysługiwać cudzoziemcowi od dnia zgłoszenia się do ośrodka recepcyjnego. W sytuacjach szczególnych, związanych z zagrożeniem życia lub zdrowia cudzoziemca, opieka medyczna będzie przysługiwać od dnia przyjazdu relokowanego bądź przesiedlanego cudzoziemca na terytorium Polski. Zdarza się tak, że pomoc dla małżonków jest udzielana na różne okresy czasu. Dotyczy to sytuacji, gdy w stosunku do małżonków przebywających w ośrodku toczą się odrębne postępowania w sprawach o nadanie statusu uchodźcy. Jeśli żonie przysługują trzy miesiące pobierania świadczeń, a mężowi pół roku, to według obecnie obowiązujących przepisów będzie ona mogła pobierać swoje świadczenia do momentu, gdy skończy się okres pomocy przyznany mężowi. Proponuje się, aby ta zasada obejmowała także dzieci. To kolejna nowość zaproponowana w projekcie założeń.[3]
Programy integracyjne mają umożliwić samodzielne funkcjonowanie w społeczeństwie poprzez naukę języka polskiego, uzyskanie kwalifikacji przydatnych na rynku pracy, dostęp do mieszkań (pracy i mieszkań jest zaiste za dużo jak na potrzeby Polaków). Oczywiście wszystko za pieniądze państwowe. Szef MSWiA powiedział stwierdził przy tej okazji, że doświadczenia innych krajów wskazują, że najlepszą formułą integracji jest tworzenie organizacji pozarządowych, które grupują Polaków i przedstawicieli osiadłych już w Polsce społeczności, np. ukraińskiej, białoruskiej, ormiańskiej. Powinny one pomagać cudzoziemcom i ułatwiać integrację. Projekt został przekazany na razie do tzw. konsultacji społecznych, choć domyślając się jakie organizacje będą opiniowały dokument, można tylko spodziewać się zmian na gorsze.
MSWiA zauważa, że w Polsce jest coraz większe zapotrzebowanie na określonych pracowników. „Polityka migracyjna Polski” przewiduje zwiększenie udziału cudzoziemców w polskim rynku pracy, zgodnie z jego potrzebami (sic!).
Co budzi największy sprzeciw, to idące naprzeciw trendom w europie projekty wprowadzenia jeszcze w tej kadencji sejmu przepisów abolicyjnych dla znajdujących się nielegalnie w Polsce cudzoziemców. Ten projekt ma być oddzielnym od zmiany ustawy o cudzoziemcach projektem ustawy. Podstawowym wymogiem, by zostać objętym abolicją, będzie wykazanie ieprzerwanego pobytu w Polsce od co najmniej 20 grudnia 2007 r., przy czym pobyt ten powinien być nielegalny w dniu wejścia ustawy w życie. Nie ucząc się zupełnie na naprawianych w chwii obecnej błędach innych (np. francuzów) rząd chce nawet aby cudzoziemcy, którym odmówiono statusu uchodźcy i orzeczono wydalenie z Polski, mogli ubiegać się o abolicję. Zezwolenie na pobyt czasowy w trybie abolicji będzie udzielane na dwa lata. W tym czasie cudzoziemiec będzie mógł zatrudnić się bez zezwolenia – na podstawie umowy o pracę. Abolicja ma potrwa pół roku od momentu wejścia w życie ogłaszającej ją ustawy – informowała niedawno, zazwyczaj posiadająca dobre informacje z rządu i w tym wypadku nie kryjąca entuzjazmu „Gazeta Wyborcza”[4].
Działania legislacyjne idą, jak w niemal żadnej inne sprawie pełną parą, ale i na konkrety przyszła niedawno kolej. Plany rządowe zmaterializowały się przybyciem do naszego kraju, póki co, 50 imigrantów z Afryki północnej, koczujących na Malcie.
My, w przeciwieństwie do najwyższych organów państwowych przejrzymy się poniżej problemowi w sposób systemowy, czerpiąc z doświadczeń innych, ich obecnej polityki, która się zmienia i analizując wieloaspektowo zagadnienie masowej imigracji.
Rozmiękczanie umysłów
Tyle działań rządu. Ważniejsze jednak jest przygotowanie na zmiany społeczeństwa, co również możemy na horyzoncie zauważyć, gdyż i debata publiczna na temat imigrantów wyraźnie ożywia się. Na przykład znany polski konstytucjonalista, profesor  Piotr Winczorek w dzienniku „Rzeczpospolita” wypowiedział się niedawno na temat imigrantów. Jego zdaniem, „mentalnie, organizacyjnie i prawnie nie jesteśmy przygotowani na taką ewentualność. Serdeczne i życzliwe przyjęcie małej grupki (tak jak w przypadku rodziny mongolskiej zagrożonej deportacją), czy jednego ciemnoskórego posła w Sejmie – to mieści się w granicach polskiej tolerancji i gościnności. Przyzwoite potraktowanie kilkudziesięciu Czeczenów z ośrodka dla cudzoziemców w Łomży – to było już zbyt trudne (…)gdybyśmy się zgodzili (o ile w ogóle jakakolwiek zgoda, a nie ugięcie się przed faktami dokonanymi w chodzi tu w rachubę) na masowy napływ imigrantów, należałoby zadbać o mentalne przygotowanie społeczeństwa do ich przyjęcia. Obawiam się, że jeśli nastąpiłby on już teraz, to mógłby wywołać w Polsce znacznie silniejsze negatywne reakcje społeczne, niż te, które obecność przybyszów z Maghrebu, Turcji czy czarnej Afryki wywołuje dziś we Francji lub Niemczech. W każdym razie, nie powinniśmy się pocieszać (czy martwić), że problem nas nie dotyczy i nigdy dotyczyć nie będzie[5] – ubolewał profesor, co ciekawe bardziej w roli socjologa –amatora niżli prawnika. Choć in plus, należy profesorowi przypisać powiązanie potrzeby wcześniejszej zmiany mentalności z późniejszą prawną regulacją tych zmian i zauważenie problemu, przed którymi staniemy. Z drugiej strony nie bardzo wiadomo skąd profesor antycypuje bardziej negatywne reakcje na imigrantów w Polsce niż na zachodzie.
Z kolei kierownik Programu Migracji i Polityki Rozwojowej w Instytucie Spraw Publicznych Justyna Frelak na łamach tej samej „Rzeczpospolitej” ubolewała niedawno, że dostrzegamy w Polsce problem imigrantów, gdy np. spali, jak ostatnio, centrum handlowego przybyszów z Azji w Wólce Kosowskiej. Frelak powołuje się z kolei na badania CBOS pokazujące bardzo wysoką  akceptację Polaków na podejmowanie pracy przez obcokrajowców w naszym kraju. Choć jej to nie zadowala. Jej zdaniem, nadal kryje się w nas sporo uprzedzeń i ksenofobii (sic!), a machina biurokratyczna nie pomaga imigrantom zintegrować się ze społeczeństwem i państwem [6] (jak gdyby Polakom pomagała). Frelak chwali też oczywiście omawiany powyżej dokument MSWiA „Polityka migracyjna Polski”.
Zacytowane powyżej dwa głosy warto zauważyć, gdyż ton przeważającej części komentarzy w wysokonakładowych na ten temat samo; musimy przezwyciężać nietolerancję, zerwać z postrzeganiem Polski jako kraju praktycznie jednoetnicznego, a za pomocą działań propagandowych i prawnych sztucznie stworzyć z naszego kraju tygiel kulturowy, jak gdyby wielokulturowość miała rozwiązać problemy społeczne i gospodarcze Polski, a nie je potęgować.
„Krytyka Polityczna”, wydała specjalny numer z lwią częścią artykułów na temat asymilacji mniejszości w Polsce. Z braku zorganizowanych społeczności na pierwszy ogień integracji z państwem, bo przecież nie z narodem, zapewne bez własnej woli poszli Wietnamczycy, ale w przypadku konstruktywistycznych teorii lewackich, to nic nowego.  W tym miejscu warto wspomnieć, że Polska jest trzecim w Europie skupiskiem Wietnamczyków. Choć wyizolowani i trudni do policzenia (ich liczba to jednak na pewno sporo ponad 50 tys. czyli mniej więcej odpowiada licznie Białorusinów w naszym kraju), od lat tworzą własne organizacje, szkoły, nie wspominając o wszechobecnych barach, wydają gazety (zarówno komunistyczne jak i opozycyjne).
Wolność a różnorodność
Zresztą nie jest to afirmacja społeczeństw multikulturowych to nie wymysł naszych elit politycznych i dziennikarskich, bo cóż zresztą mogłyby one nowego wymyśleć, co nie byłoby kopią pomysłów ich możnych panów z zagranicy. Grupa lewicowych intelektualistów pod przewodnictwem byłego terrorysty i byłego ministra RFN Joschki Fischera oraz byłego sekretarza generalnego NATO, Javier Solana przedstawiła 11 maja b. r. dokument „Żyć razem: Pogodzić różnorodność z wolnością w Europie XXI wieku”, którego główne przesłanie brzmi następująco – jeśli Stary Kontynent nie będzie kultywować swojej różnorodności, znajdzie się nieuchronnie pod względem demograficznym w samym ogonie. Według raportu, bez imigracji liczba zawodowo czynnej ludności zmaleje za pięćdziesiąt lat o sto milionów, podczas gdy całkowita liczba jego mieszkańców rośnie i się starzeje. Europa będzie więc musiała otworzyć się na imigrację i społeczną  różnorodność. Ponadto, ich zdaniem, nie można zresztą żądać od imigrantów pozostawienia pomiędzy religiami, kulturami, na granicy tożsamości[7].
Koniec multi-kulti
Co charakterystyczne jest to głos intelektualistów już nie sprawujących realnej władzy i nie stających wobec problemów wymagających niepopularnych rozwiązań. Bowiem z kręgów  przywódców państw europejskich dobiegają komentarze (ale i w ślad za nimi konkretne działania) krańcowo różne od wyżej przytoczonych.
Jako pierwsza Angela Merkel ogłosiła koniec społeczeństwa multikulturowego.  „Społeczeństwo wielokulturowe zawiodło”. Tym zdaniem, wygłoszonym 15 października ubiegłego roku do przedstawicieli konserwatywnych młodzieżówek, Angela Merkel trochę nieoczekiwanie rozpoczęła na nowo debatę na temat islamu, która już wielu miesięcy dzielił Niemcy. Zdaniem niemieckiej kanclerz, imigranci powinni się zintegrować oraz przyjąć niemiecką kulturę i wartości: „Czujemy się przywiązani do chrześcijańskich wartości. Kto tego nie akceptuje, ten nie ma tutaj swojego miejsca”, powiedziała kanclerz Niemiec. Od tego momentu nabrały odwagi te również te siły, które od dawna zauważały duża przesadę w utopijnym realizowaniu postaw zaprezentowanych powyżej.
Lewicowi, najczęściej, krytycy jej słów nie zdążyli jeszcze odetchnąć po własnych krzykach oburzenia, gdy w podobnym tonie wypowiedział się premier Wielkiej Brytanii David Cameron. Oczywiście, oba te wystąpienia były lekko zawoalowaną krytyką, najczęściej mającej podłoże religijne nieprzystawalności nowych imigrantów raczej do zbioru zasad demoliberalnej cywilizacji niż obroną łacińskiej Europy. „Hasło tolerancji zostało wykorzystane przez ekstremistów, a z połączenia niepewnej tożsamości i skrzywionej religijności zrodziły się zamachy 11 września, nawoływania do świętej wojny i kult terrorystów-męczenników. Jak powiedział osiemnastowieczny angielski filozof Burke, a co dzisiaj rozumie większość społeczeństwa, „wszystkim, co jest potrzebne, by zło zatriumfowało, jest by prawi ludzie nie zrobili nic, by je powstrzymać”; Wystąpienie Camerona zostało natychmiast skrytykowane przez laburzystowską opozycję i ugrupowania muzułmańskie, jako „prezentujące uproszczone podejście”, a wielu komentatorów ubolewało, że miało ono miejsce tego samego dnia, w którym 3000 zwolenników skrajnie prawicowej Angielskiej Ligi Obrony zorganizowało swą największą jak dotąd demonstrację w Luton pod Londynem[8]. Tak oto areligijna lewica kroczy ramię w ramię w muzułmańskimi fundamentalistami, a politycznie poprawny do granic śmieszności rząd centroprawicy podjął działania ramię w ramię z ultra-prawicą. Czyżby stosunek do imigracji zaczynał  polaryzować scenę polityczną i społeczeństwo?
Problemy ze starymi obywatelami
Problem mniejszości narodowych jest ogólnoeuropejski i Polska pozostaje poniekąd wciąż taką zielona wyspą, enklawą na mapie Europy (nie tylko Unii Europejskiej) wolną od problemów, które mogą stwarzać duże skupiska ludności obcej narodowościowo lub etnicznie. Nie zawsze do końca sobie uświadamiamy dobrodziejstwa, np. w sferze bezpieczeństwa publicznego, płynące z tego faktu[9]. Tego rodzaju problemów społecznych może na przykład dostarczać wtopiona już dostatecznie w pejzaż  wielu państw, ale zazwyczaj zupełnie nie czująca z nim więzi, mniejszość cygańska. Romowie mieszkają w dużym procentowo do ogółu ludności skupiskach na Węgrzech, Słowacji i Rumunii. W tej ostatniej wskutek zapaści demograficznej może dojść do wielkich zmian w ciągu najbliższych kilkunastu lat. Jak może wyglądać 20-milionowa obecnie Rumunia w 2050 r., jeśli przeciętna Cyganka rodzi troje dzieci, a Węgierka z licznej mniejszości w Rumunii i tak więcej niż Rumunka, która jeszcze zdecydowanie częściej wyjedzie za chlebem do Włoch, Francji czy Hiszpanii i tam pobierze becikowe?
Z dosyć podobną sytuacją możemy mieć do czynienia w Irlandii. Wygląda na to, że jeszcze do niedawna co 10. mieszkaniec Irlandii był obcokrajowcem, a co piąty z tych obcokrajowców przyjechał z Polski. Według najnowszych statystyk emigracja Irlandczyków rośnie, zaś przyjezdnych nie ubywa. Ci ostatni wciąż przyjeżdżają, aczkolwiek liczba nowo przybyłych spadła w ubiegłym roku o 26,5 tysiąca, z 57,3 tys. do 30,8 tysięcy. Dla odmiany tubylców wyjechało stamtąd 34,5 tys., a w tym roku prognozuje się wyjazd kolejnych 40 tysięcy[10].
Kłopoty z imigrantami dla małych krajów Unii Europejskiej
Masowa imigracja spotęgowana niedawnymi wydarzeniami rewolucjami w krajach arabskich Afryki północnej, stała się najbardziej palącym problemem, szczególnie dla małych krajów południa, jak choćby Malty. Dodatkowo często, jak to bywa zazwyczaj w polityce unijnej, regulacje wspólnotowe kneblują małe kraje, prawie nie przeszkadzając samodzielnej polityce  dużych krajom UE. Niedawno przyjęta poprawka do dyrektywą UE wprowadziła przepis, na mocy którego uchodźcy i imigranci, którym nadany został status uchodźcy humanitarnego nabędą nowe prawo do pobytu po przemieszkaniu w kraju UE pięciu lat. I właśnie malutka Malta zaoponowała przeciwko niej. Dyrektywa wchodzi z życie wchodzi w życie w 2013 r. i pozwoli setkom uchodźców i wielu innym osobom z podsaharyskiej Afryki mieszkającym na Malcie i ciągle tam przybywającym na otrzymanie wielu takich samych praw, jakie przysługują obywatelom spoza krajów UE przebywających legalnie na tej wyspie położonej niedaleko północnych wybrzeży Afryki. Posunięcie to pozwoli również tym migrantom na osiedlanie się w innych unijnych krajach.[11]
Imigranci na socjalu
Aby daleko nie szukać przykładów tego jak może wyglądać w praktyce asymilacja imigranta z krajem przyjmującym, weźmy choćby pod uwagę znany większości z nas los niektórych 9co trzeba podkreślić) Polaków na wyspach brytyjskich.  Po fali imigracji w czasach gdy łatwo udawało się co sprytniejszym znaleźć pracę, czasem wziąć kredyt i ułożyć sobie życie na obczyźnie lepiej niż w Polsce, nastał okres kryzysu finansowego. A po nim okres smutnej emigracyjnej niedoli na którą co poniektórzy rodacy znaleźli sposób. Prasa polska donosiła o coraz częstszych bankructwach Polaków  w ramach – obowiązującej z mniejszymi  rygorami prawnymi niż w Polsce – upadłości konsumenckiej. W Wielkiej Brytanii wniosek o bankructwo może ogłosić każdy. Firmy oferujące w języku polskim pomoc w umarzaniu długów zanotowały blisko 20-proc. wzrost liczby takich spraw.[12]. Ich klienci to głównie osoby w średnim wieku, niemówiące po angielsku, które pracują za minimalne i średnie stawki.[13].
Ci, którym choćby przez jakiś czas poszczęściło się na wolnym europejskim rynku pracy w niektórych krajach i uzyskali prawo do zasiłku, mogą chcieć pobierać go w państwie macierzystym, stwarzając – na małą na razie skalę – problem dla miejscowych mechanizmów aktywizacji zawodowej bezrobotnych. I tak już drastycznie zmniejszane w Polsce środki na aktywizację bezrobotnych, musiałyby być dzielone jeszcze na zasiłki, relatywnie bardzo wysokie, dla tych, którym taki zasiłek wystarczałby na nawet dostatnie życie w kraju, skutecznie zniechęcając do aktywnego poszukiwania pracy.
Włochy i Albańczycy

O tym, jak wewnątrzeuropejska imigracja może być równie niebezpieczna ta z krajów pozaeuropejskich może wskazywać przykład Albańczyków osiedlających się lawinowo głównie we Włoszech. Albańczycy, którzy w związku z transformacją ustrojową w swoim kraju, zaczęli z niego uciekać, przybywając właśnie do Włoch. Napływ cudzoziemców z tego muzułmańskiego państwa, spowodował wiele problemów, takich jak: brak miejsc w akademikach dla włoskich studentów czy obniżenie stypendiów, bo zaczęli je otrzymywać również Albańczycy[14]. Obecnie ich liczbę szacuje się na 350-400 tysięcy osób, a na czele mniejszości we Włoszech pozostają Rumuni i Cyganie (łączyć jednak tych grup ze sobą nie należy), których liczba waha się od 800 do 900 tysięcy. Ogółem na terenie Włoch, w zależności od źródeł, przebywa 4,6 miliona czyli 7,2% całej populacji

Kazus Lampedusy

Wysuniętą najdalej na południe włoską wyspą jest Lampedusa, której nazwę niedawno poznali niemal wszyscy. Na tej włoskiej wysepce u wybrzeży Tunezji skupiły się na moment jak w soczewce uwaga opinii publicznej i problemy Europy z uchodźcami. Przez niespełna dwa miesiące przybyło tam na przepełnionych łodziach ponad 30 tysięcy uchodźców. Większość ma miała poniżej 30 lat i marzyła o lepszym życiu we Francji, gdzie mają krewnych. Początkowo włoskie władze próbowały uporać się z kryzysem, umieszczając przybyszów w przejściowych obozach rozsianych po całym kraju. Opór władz lokalnych był jednak tak duży, że Rzym zaczął wydawać Tunezyjczykom 90-dniowe zezwolenia na pobyt, które miały im pozwolić na poruszanie się w strefie Schengen. Premier Włoch Silvio Berlusconi dosyć cynicznie argumentował, że ponieważ uchodźców wyraża chęć dołączenia do rodzin, które od dawna przebywają we Francji czy w Niemczech, trzeba im to umożliwić. W domyśle więc przekaz słów i działań premiera Italii był następujący: włoski problem stanie się naszym wspólnym, europejskim kłopotem.
Wyposażeni w wizy uchodźcy ruszyli w stronę francuskiej granicy. O dziwo jednak, nie zostali przyjęci z otwartymi ramionami. Francja (w przeciwieństwie do naszego kraju, prowadząca teraz mądrzejszą niż wcześniej politykę asymilacji) natychmiast wprowadziła kontrole graniczne i odsyłała po kilkudziesięciu Tunezyjczyków dziennie do Włoch. Także Niemcy i Austria, kraje, w których również żyje duża tunezyjska diaspora, zapowiedziały „bezlitosną” deportację nielegalnych przybyszów.[15]
Do konkretnych (kolejnych po wyrzuceniu Cyganów) działań przystąpił Paryż, zamykając granice dla Tunezyjczyków posiadających dokumenty uzyskane we Włoszech, uprawniające do poruszania się po strefie Schengen. Ostatecznie, dwaj wielcy przyjaciele Sarkozy i Berlusconi wspólnie wystąpili o zmianę prawa wspólnotowego. Już teraz jest to możliwe przywrócenie kontroli granicznej, na mocy decyzji Komisji Europejskiej gdy „zagrożony jest porządek publiczny”. A taki stan zagrożenia bardzo łatwo można znaleźć i uzasadnić. Pod znakiem zapytania stoi obecnie również szybkie przyłączenie do strefy Schengen Bułgarii i Rumunii. I znowu to nasz kraj wbrew logice chce uchodzić w Unii za ostatniego obrońcę swobodnego przepływu osób.
Wiceprzewodniczący coraz bardziej wpływowej w swoim kraju Szwajcarskiej Partii Ludowej Christoph Blocher, zaproponował wyjście jego kraju, pozostającego wszak i tak poza UE,  ze strefy Schengen. Jego zdaniem „Szwajcaria popełniła błąd, oddając kontrolę nad polityką imigracyjną[16].
Sam Muammar Kadafi zresztą od lat, bardzo sprytnie szantażował Europę napływem imigrantów z Afryki. Najpierw, w imię afrykańskiej jedności zachęcał Afrykanów z innych krajów do przyjazdu do Libii. W zeszłym roku wegetowało ich tam ok. pół miliona, traktując Libię jako kraj tranzytowy na drodze do Europy. Potem pułkownik zachęcał ich do dalszej wędrówki do Europy. „Mamy prawo jechać do Europy, bo tam są nasze bogactwa: złoto, diamenty, żelazo, miedź. Nasze surowce ukradli przecież europejscy kolonizatorzy. Albo je nam oddadzą, albo niech zaproszą do siebie” – przekonywał przywódca Libii. A takie słowa padały na bardzo podatny grunt[17].
Na marginesie można zauważyć, że dosyć podobno argumentację o pewnej sprawiedliwości dziejowej niwelowanej przez imigrację z południa na północ, stosują Meksykanie masowo napływający do tych stanów USA, które w XIX wieku należały do Meksyku, jak Nowy Meksyk, Teksas czy Kalifornia.
Wizja Europy opisana w futurystycznej książce Jean’a Raspail’a z 1972 roku „Obóz świętych”, gdzie Francja i Europa sparaliżowane niemocą liberalną nie mogą się oprzeć inwazji pozbawionych środków do życia obywateli Trzeciego Świata, realizuje się po latach na naszych oczach.
Liczba nielegalnych imigrantów zatrzymanych w niektórych krajach Unii Europejskiej w 2009 r.
Grecja 108000
Hiszpania 90000
Francja 76000
Wielka Brytania 69000
Włochy 53000
Niemcy 49000
Szwecja 22000
Źródło: eurostat
Duńskie przebudzenie
Kolejnym krajem, w którym zaczęło się głośno i bez dogmatów rozmawiać o imigrantach jest dania. Tam niegdysiejsza fala imigrantów do tego spokojnego i zamożnego społeczeństwa, spowodowała m. in. sukcesy wyborcze antyimigracyjnej Duńskiej Patii Ludowej (obecnej jednakże na scenie politycznej od 1972 roku), która obecnie wspiera rząd, stąd też rządzący muszą się liczyć z jej głosem. Póki co, przedstawia się koszty ekonomiczne imigracji. Opublikowany niedawno przez konserwatywną gazetę Jyllands-Posten fragment rządowego raportu zatytułowanego „Restrykcje w sprawie cudzoziemców zaoszczędzą miliardy”, wskazuje, że koszt imigrantów spoza Zachodu wynosi 15,7 miliardów koron rocznie (2,1 miliardów euro). Raport zawiera też szacunki, że od czasu objęcia władzy przez prawicę w 2001 r., królestwo oszczędzało rokrocznie 5,1 miliardów koron (prawie 684 milionów euro). Warto przypomnieć, że do niedawna Dania była niemal rajem dla wszystkich uchodźców. W 2009 r. 48 proc. osób występujących o azyl w tym kraju uzyskało bowiem status uchodźcy, a to liczba niemal dwukrotnie wyższa od średniej europejskiej (27 proc.)[18].
Holenderskie tulipany i truskawki
Holandia z kolei to jeszcze do niedawna jedno z wymarzonych miejsc pobytu dla imigrantów z Polski. W tym wręcz stereotypowo otwartym (na wszystko) państwie, dzięki taniej sile roboczej z Polski, Rumunii, Litwy czy Bułgarii utrzymują się tysiące holenderskich firm i całe sektory, takie jak ogrodnictwo. Polacy stanowią większość ze 160-200 tysięcy imigrantów zarobkowych, którzy po 2004 roku osiedlili się w Królestwie Niderlandów. Do niedawna.
Podobnie jak w Danii antyimigrancka kampania odbywa się pod skuteczną presją wspierającej gabinet premiera Marka Ruttego, Partii Wolności Gerta Wildersa, która uzyskuje coraz lepsze wyniki w wyborach coraz bardziej zniechęconego wcześniejszą otwartością ich państwa, społeczeństwa holenderskiego. W lutym tego roku odpowiedzialny za rynek pracy i sprawy socjalne minister Henk Kamp powiedział w jednej z holenderskich gazet, że bezdomnych i bezrobotnych imigrantów z Europy Wschodniej należy wysyłać do domu, a jeśli nie będą chcieli wyjechać dobrowolnie, to trzeba ich wydalać. Nieco później, ten sam Kamp przesłał do holenderskiego parlamentu listę propozycji, które miałyby doprowadzić do uporządkowania sytuacji w tym segmencie rynku pracy[19]. W związku z tym minister proponuje, by imigranci z krajów UE, którzy nie mają środków do życia, tracili po trzech miesiącach prawo do pobytu w Holandii. Zamierza również zlikwidować „turystyką zasiłkową”. Chodzi o Polaków, Rumunów czy Bułgarów, którzy przyjeżdżają do Holandii w poszukiwaniu lepszego życia, tracą szybko pracę (albo w ogóle jej nie znajdują). W końcu lądują na ulicy, utrzymując się z zasiłków. Wszyscy imigranci zarobkowi z krajów UE musieliby się rejestrować w urzędach imigracyjnych, a władze lokalne byłyby zobowiązane do sprawdzania ich warunków mieszkaniowych (dziś bywa tak, że w jednym mieszkaniu gnieździ się 20 imigrantów z Polski czy Rumunii). Pracodawcy zdzierający skórę z imigrantów za wikt i mieszkanie (zdarza się, że zawyżają koszty pobytu w hotelach robotniczych i korzystania ze stołówek) byliby zaś surowiej karani.  Minister chce też, by prawo do zasiłku socjalnego miały tylko osoby mówiące po holendersku.
Podobnie za pomocą prawnych środków, skutki nowej fali imigracji antycypują Austriacy, od maja z otwartymi granicami dla nowych krajów Unii Europejskiej, w tym Polaków.
Rządowe założenia ustawy o imigracji przyjętej przez rząd 22 lutego b. r. zakładają m. in. konieczność opanowanie języka niemieckiego przed wjazdem do kraju, obowiązek pozostania w ośrodku dla azylantów przez siedem dni i posiadanie zupełnie nowej czerwono-biało-czerwonej karty[20].
Nie sposób nie zauważyć, że kolejny fundament Unii Europejskiej jakim był zawsze swobodny przepływ osób, wali się w gruzach. Tym samym nowe kraje UE mają swój skromny sukces w obnażeniu słabości unijnego molocha.
Rosja i środkowa Azja
Europejski problem z imigracją obcych kulturowo ludów przekroczył już dawno granice Unii Europejskiej i jest bodaj jeszcze większym problemem społecznym w imperium rosyjskim, które przecież po rozpadzie ZSRR stało się w mniejszych stopniu wieloetniczne niż kiedyś. Wydaje się czasami, ze wszystkie zjawiska znane w Europy zachodniej występują w Rosji z jeszcze większą siła; zapaść demograficzna jest bowiem potężniejsza niż w Europie zachodniej, napływowi muzułmanie z Kaukazu bardzie agresywni niż ci osiedlający się na zachodzie, a i reakcja rosyjskiej ekstremy politycznej również drastyczna. Być może powody tego to z jednej strony słabość wewnętrzna państwa i jeszcze szybciej postępująca eksplozja demograficzna w Azji środkowej.
Na przykład do roku 2025 ludność Iranu będzie równa populacji rosyjskiej, co przy rosnących wpływach islamu i Chin w tym obszarze hasło naporu orientu na zachód (o ile pierwiastki zachodnie są wiodące we współczesnej Rosji) uczyni bardziej aktualnym.
Populacja państw Azji środkowej w 2000 i szacunkowa w 2025 roku w milionach[21]
Kraj 2000 r. 2025
Afganistan 22,7 44,9
Kazachstan 16,2 17,7
Uzbekistan 24,3 33,4
Kirgistan 4,7 6,1
Tadżykistan 6,2 8,9
Turkmenistan 4,5 6,3
Razem: 78,6 117,3

Oblicza się, że do roku 2100 r. ludność Rosji będzie wynosiła ok. 80 milionów starych i niekoniecznie jednolitych etnicznie obywateli, czyli mniej więcej tyle, ile obecnie wynosi populacja Turcji. I kto wówczas będzie chorym człowiekiem Europy?
Według wyników „ogólnorosyjskiego spisu ludności” przeprowadzonego w od 14 do 25 października 2010 r., liczba mieszkańców Rosji w porównaniu z poprzednim spisem z 2002 roku zmniejszyła się o 2,2 miliona i wynosi obecnie 142 miliony 905 tysięcy. Zmniejszenie liczby ludności Rosji nastąpiło wskutek większej liczby zgonów niż urodzin. Spadek byłby jeszcze wyższy, gdyby nie dzietność narodów nierosyjskich, przewyższająca pięciokrotnie dzietność etnicznych Rosjan. Prym wiodą tu oczywiście muzułmanie, stanowiący 20 proc. mieszkańców Rosji.[22] W samej stolicy Rosji mieszkają 2 miliony muzułmanów[23]. Ponadto, cała Syberia jest w chwili obecnej obiektem masowej imigracji Chińczyków, których możliwości emigracyjne są  niemal nieograniczone. Jakby zmartwień demograficznych było mało, te zjawiska nakładają się na epidemiczną wręcz stała się w Rosji tendencja nadumieralności mężczyzn, w związku z czym ich liczba systematycznie spada. O ile w 2002 roku stanowili oni 46,6 proc. ludności, to obecnie 46,3 procent. Ogółem żyje ich w Rosji 66.205 tys. podczas, gdy kobiet jest o ponad 10 mln więcej, bo 76.700 tysięcy.[24]
Wyniki ostatniego spisu świadczą, że pod względem demograficznym Rosja wciąż znajduje się na równi pochyłej, a jej społeczeństwo jest chore. Utrzymująca się zapaść demograficzna jest bowiem objawem choroby, która toczą kraj. W zasadzie jest to nie jedna choroba, ale cały zespół chorób. Można nawet powiedzieć, że mamy do czynienia z syndromem rosyjskim. Należą do niego: alkoholizm, narkomania, HIV, aborcja, rozwody, ubóstwo i zła opieka medyczna.
Wydawało się, że Federacja Rosyjska wzorem państw zachodnich będzie starała się zaradzić tym niekorzystnym długofalowo zjawiskom za pomocą narzędzi legislacyjnych. I rzeczywiście przyjęto niedawno ustawę o kapitale rodzinnym. Zgodnie z nią, każda Rosjanka rodząca drugie lub kolejne dziecko miała otrzymywać bon o wartości 10 tys. dolarów, który mogła wykorzystać na kształcenie dzieci, remont lub kupno mieszkania bądź wpłatę na fundusz emerytalny[25]. Bony te rodzice dziecka mieli otrzymywać po osiągnięciu przez dziecko trzeciego roku życia, aby uniknąć szybkiego oddawania dzieci do adopcji lub domów dziecka. Ponadto matka przez półtora roku po urodzeniu dziecka miała otrzymywać zasiłek wychowawczy w wysokości jednej trzeciej średniej pensji. Rozwiązania te były adresowane do 12 mln rosyjskich kobiet w wieku od 20 do 29 lat, w największej mierze przyczyniających się do zwiększenia przyrostu naturalnego.
Ale i to rozwiązanie, przynajmniej póki co, nie spełniło swojej roli. Problemem są chyba względy cywilizacyjne, kulturowe, których zmiany zadekretować tak łatwo się nie da. Rosyjskie kobiety nie chcą rodzić nowych dzieci. Same bodźce finansowe nie są ich w stanie do tego zachęcić. Liczba zawieranych małżeństw jest wciąż mniejsza od liczby rozwodów. Co trzecia mieszkanka Moskwy w wieku od 25 do 50 lat żyje samotnie.
Mafia i sportowcy
W Polsce można zidentyfikować obecnie dwie sfery życia, w których jeśli chodzi o procent imigrantów osiągnęliśmy już średnią europejską; jest to z jednej strony zorganizowana w mniejszych lub większym stopniu przestępczość oraz sport.
Nie są to zresztą jedynie polskie problem. We Włoszech, słynnych przecież z rodzimej mafii, znanej i aktywnej na świecie, liczna albańskiej mniejszości tworzy własną zorganizowaną przestępczość , a Nigeryjczycy trudnią się masowo handlem narkotykami i sutenerstwem. W samym Neapolu rośnie znaczenie Chińczyków zajmujących się nielegalnymi interesami w tym portowym mieście, słynnym z mafii. To dopiero znak czasów, kiedy tradycje włoskiej mafii, do której tajemnic przez lata, nawet na emigracji w USA, nie dopuszczano nie-Włochów muszą być konfrontowane z napływem przestępczych imigrantów.
Marokańczycy i przybysze z krajów arabskich z kolei świetnie wstrzelili się w biznes sutenerski w Holandii, gdzie branża płatnego seksu jest niezwykle dobrze rozwinięta i w pełni legalna.
W Polsce tradycyjnie od początku lat 90-tych ubiegłego wieku, a więc zaraz po pewnym otwarciu po Okrągłym Stole, weszły ze swoimi interesami i szorstkimi obyczajami grupy ze wschodu, głównie rosyjskie, ormiańskie, czeczeńskie a także wietnamskie, choć ci ostatni z uwagi na środowiskową hermetyczność raczej rzadko są  ofiarą skutecznych obław policyjnych. Jakkolwiek też ciężko w statystykach dostrzec skalę zjawiska, to wyemitowany w 2002 roku serial dokumentalny „Prawdziwe psy” i serial fabularny nakręcony na jego kanwie „Pitbull”, bardzo dużo uwagi poświęcają właśnie walce z Wietnamczykami trudniącymi się sutenerstwem, Ormianom żyjącym we własnych przestępczych układach i Rosjanom wkraczającym do Polski bezwzględnie i brutalnie mordując konkurencję, często przy pomocy przedstawicieli narodów kaukaskich, np. Czeczeńców. Na dawnym stadionie X-lecia krzyżowały się wpływy Wietnamczyków Tunga, Ormianie, Nigeryjczycy, Ukraińcy. Legendarny już strach przed mafiosami ze wschodu rządził wyobraźnia nie tylko filmowców w latach 90-tych.
Wracając zaś do sportu, to jest już niemal nikt nie zwraca uwagi na to, że reprezentacji popularnych dyscyplin sportowych często, delikatnie mówiąc, odbiegają wyglądem od przeciętnego mieszkańca kraju, który reprezentują. Na ostatnich mistrzostwach świata, rok temu, reprezentacja piłkarska Niemiec składała się w przeszło połowie z piłkarzy pochodzących, m. in. z Turcji, Tunezji, Polski, Ghany i wielu innych krajów. Ciężko w tym jakąś nawet logikę przyjąć, bo z podanych narodów jedynie Turcy stanowią naprawdę liczną mniejszość w Niemczech.
Pierwszym zwiastunem masowych migracji sportowych był występ w 1998 roku reprezentacji Francji, która zresztą zdobyła mistrzostwo świata po raz pierwszy w historii a w dwa lata później dodała do tego triumf w mistrzostwach Europy miała w 22-osobowej kadrze 15 reprezentantów z innymi niż francuskie korzeniami. W przypadku tego kraju jest to jeszcze jakkolwiek uzasadnione kolonialną przeszłością. Wówczas jedynym który krytykował taki charakter drużyny narodowej był Jean-Marie Le Pen, za co spotkały go tradycyjnie już gromy ze strony francuskiego salonu. Przypadek kiedy to w meczu Kongo-Francja dwaj bracia Mandanda występowali na pozycji bramkarzy, jeden w jednej a drugi w drugiej drużynie, są tylko jaskrawym przykładem asymilacji sportowej mieszkańców byłych kolonii.
W ostatnich miesiącach jednak okazało się, że tabu wokół wielokulturowości sportowców zostało naruszone, i to przez trenera reprezentacji trójkolorowych (złośliwi mowią biało-brązowo-czarnych) Laurent Blanc, który przecież występował w wieloetnicznej drużynie z lat 1998-2000. Oto wyszło na jaw, że trener kadry narodowej i kierownictwo techniczne francuskiej piłki nożnej starało się „ograniczyć liczbę francuskich graczy o wyglądzie Afrykańczyków i północnych Afrykańczyków”, ustanawiając w ośrodkach szkoleniowych limity o charakterze dyskryminacyjnym w stosunku do zawodników o podwójnym obywatelstwie. Sam oskarżany szybko wycofał się ze swoich słów, atakowany choćby przez rewolucyjnie wyczulony na taką dyskryminację (nawet bardziej niż w Polsce towarzystwo z Czerskiej) dziennik „Liberation”[26] czujny. Jednak temat pozostał.
Od kilkunastu lat mamy własne doświadczenia w dziedzinie wykorzystywania indywidualnych sukcesów sportowców, występujących w polskich barwach. Mieliśmy już i kajakarzy ze wschodu rodem (np. Iwan Klementiew), boksera (Andrzej Kliczko), a polski tenis stołowy od lat opiera się na Chińczykach w polskich barwach. W polskiej reprezentacji koszykówki grają Amerykanie, dla polskiego żużla sukcesy odnosi Norweg Rune Holta, a w sportach walki przybysze ze wschodu. Trochę innym zjawiskiem jest wyszukiwanie, namawianie i – kiedy reguły tego wymagają – przyznawanie obywatelstwa obcokrajowcom polskiego pochodzenia. Stąd do niedawno polska reprezentacja rugby składała się z zawodników o francuskich nazwiskach, a i drużyna narodowa najpopularniejszej w Polsce piłki nożnej na, zajmujące ostatnimi czasy  nieproporcjonalnie do wagi tematu ogromnie dużo uwagi, mistrzostwa europy w 2012 będzie chyba tyglem języków i narodowości, jak niejedna drużyna klubowa w polskiej lidze.
Imigracja szkodliwa dla imigrantów
Rzadko słyszanym argumentem, podnoszonym np. przez Francuski Front Narodowy powołujący się na prawo do różnorodności kultur (droit à la différence), jest zwalczanie imigracji jako szkodliwej dla samych państw emigracyjnych, najczęściej są zaś nimi zacofane kraje tzw. Trzeciego Świata.
FN zwalcza imigrację (…) po to, aby młode narody Południa nie zostały zwrócone z jedynej drogi nadziei, jaka przed nimi stoi. Ta droga prowadzi poprzez mobilizację całej energii narodu w służbie jego własnego rozwoju. (…) Olśniewając tych biedaków z Trzeciego Świata wszystkimi rozkoszami społeczeństwa konsumpcyjnego, wystawiających ich na wszelkie możliwe pokusy, imponując im spadającą pod naszą szerokością geograficzną jak manna z nieba pomocy społecznej, oddaje się im najgorszą przysługę, jaką można sobie wyobrazić. Bo tylko w ten sposób wpaja im się przekonanie, że istnieje skrót na drodze do dobrobytu, że można obejść się be pracy, poczucia interesu ogólnego, solidarności narodowej. Całą historia gospodarcza uczy nas, że każdy naród musi zapłacić za swój własny rozwój. Nie można bezkarnie omijać jego etapów. Takie jest twarde prawo życia i postępu narodów[27]. Zresztą te jakże trafne słowa lidera FN sprzed lat znajdowały wielokrotnie uzasadnienie w rzeczywistości krajów imigracyjnych. O ile w państwach Europy środkowo-wschodniej[28], mówienie o drenażu umysłów na zachód jest częste zabiegiem retorycznym i propagandowym formułowanym na wyrost, to w państwach afrykańskich rzeczywiście to elita udaje się na emigrację.
Gdy prawica nawołuje, na pustyni nierozumienia, do szacunku i pielęgnowania świata różnorodność i jednocześnie silnych tożsamości, inżynierowie społeczni spod znaku postępu, liberalizmu i otwarcia dążą od lat do homogeniczności, zapominając jak mocno w naturze człowieka zakorzeniona jest potrzeba identyfikacja; z rodziną (w wielu kulturach –wielopokoleniową) kulturą życia codziennego, religią i jej obrzędowością, a nawet z tym pozostawionym dawno temu i geograficznie daleko, krajem ojczystym.
Podobne postulaty, którym trudno zarzucić jedynie ksenofobię i niechęć do przyjmowania obcokrajowców, znalazły wyraz choćby w programie szwedzkiej partii Sverigedemokraterna. Zdaniem polityków SD, zamiast przyjmować przybyszy z innych krajów i uchodźców, warto wspomagać rozwój biedniejszych państw, co powinno pomóc zarówno im jak i państwom europejskim, ponoszącym zbyt wielkie koszty, przyjmowania nowych imigrantów.
Rasistki w stanie błogosławionym
Tematów imigracji, wzrostu demograficznego i racjonalnej i realnej polityki pronatalistycznej nie sposób od siebie oddzielić. Oczywiście, lewacy mają rozwiązanie problem dziury demograficznej rozwiązać zgodnie z tym, co postulują autorzy „Krytyki politycznej przewodnika lewicy”: „Lewica powinna być zawsze wyczulona na dyskurs o czy . Pojawienie się takich wypowiedzi jest symptomem wbudowanego w dominującą wyobraźnię polityczną głębokiego rasizmu. Język ten służy uzasadnianiu , mającej skłonić kobiety do rodzenia większej liczby dzieci i zamykającej je w ramach gospodarstwa domowego.  Punktu widzenia lewicy odpowiedzią na   nie jest zmuszanie kobiet do rodzenia dzieci, lecz otwarcie granic na nowe imigracje[29].   Według prognoz Głównego Urzędu Statystycznego w 2015 r. ma być Polaków 38 mln., w 2025 r. – 37,5 mln. a w 2035 r. – niecałe 36 mln[30]. Są to tylko prognozy i, być może, przyszły bieg wydarzeń ich nie potwierdzi. Gdyby jednak stało się tak, jak przewidują demografowie, czeka nas też spadek liczby osób w wieku przedprodukcyjnym z 6,9 mln w 2015 r. do 5,8 mln. w 2035 i produkcyjnym z 23,7 mln do 20,7 mln, a wzrost w tych samych latach liczby osób w wieku poprodukcyjnym z 7,8 mln. do 9,6 mln.
Już teraz w Europie i to w bardzo wielu krajach, choć szczególnie dotyczy to tych z wysokim bezrobociem, jak np. Hiszpania czy Grecja, pisze się o straconym pokoleniu, które może już się buntuje, choć nadal gdy wychodzi na ulice, to raczej póki co, żeby pokrzyczeć na władzę, a nie ją siłą obalać. Jednak frustracja młodych ludzi, którzy nie tylko nie mają  pracy, ale będąc statystycznie lepiej wykształconymi niż ich rodzice skazani są często na życie poniżej poziomu, który ci ostatni mieli w ich wieku i który im – swoim dzieciom zapewnili w dzieciństwie. Ta frustracja może się tylko pogłębić, zgodnie z obserwacją Ignacego Krasickiego o dwóch ptaszkach w klatce, z których cierpi psychiczne katusze jedynie ten, co był wolny wcześniej. A myślące raczej bardziej pragmatycznie niż rozmnażający się z geometryczną intensywnością jak chociażby Egipcjanie[31], młodzi wykształcenie Europejczycy bez stałych dochodów, nie kupią mieszkania, bo nie wezmą kredytu, więc nie założą rodzin ani nawet konkubinatów i nie będą mieli z nich dzieci. A gdy koniunktura gospodarcza w ich kraju – przecież zmienna – poprawi się, to powstające miejsca za lat kilkadziesiąt zaczną obejmować … potomkowie ludności krajów arabskich, jak choćby Egiptu. Tym samym błędne koło związanych  ze sobą polityki imigracyjnej, a właściwie jej braku i niedostatecznego wsparcia pronatalistycznego zamyka się.
Bunt młodych Europejczyków, i ich frustracja może przerodzić się w agresję wobec obcokrajowców. Poniekąd cieszyć może dławionym śmiechem złośliwości to, że dwa ostatnie zjawiska globalne kryzys gospodarczy i napływ imigracja, związany z nią swobodny przepływ ludzi, pokazały prymat w polityce narodowych (państwowych) interesów.
Dziwnym zbiegiem okoliczności w chwili obecnej na unijnej granicy w Grecji spotykają się i napór orientu na zachód i próba solidarności tej najważniejszej, bo finansowej Unii Europejskiej. Nas w Polsce to jeszcze tak nie dotyczy. Imigranci z państw Europy wschodniej nie szturmują w takiej liczbie granic UE.
Próba spojrzenie w przyszłość
Pamiętajmy, że to czy Polska jest krajem atrakcyjnym ekonomicznie, gdzie nie jest łatwo zdobyć dobrze płatna pracę i uzyskać pomoc socjalną od państwa, to przez wielu wędrownych przybyszów z daleka może być to oceniane subiektywnie. Dla wielu z nich z czasem możemy stać się nie tylko krajem tranzytowym w drodze na zachód, ale i docelowym.
Gdyby jakimś zrządzeniem losu lub pracowitością rządzących i rządzonych, za parę lat Polska stała się ekonomicznym eldorado, z dobrze płatną pracą leżącą i czekającą na ulicy, wtedy zapraszamy. Ale w pierwszej kolejności Polaków, zdradzonych i pozostawionych lata temu na wschodzie. W drugiej kolejności bliskich nam kulturowe i akceptujących nasze zwyczaje i prawo przybyszów z nacji zaprzyjaźnionych. Po nich, nawet innych, po spełnieniu odpowiednich warunków. Polskie kolonie od wieków znajdują się na wschodzie, choć nam w przeciwieństwie do zachodnich Europejczyków kiplingowskie brzemię białego człowieka tak nie ciąży, abyśmy czuli się szczególnie zobowiązani wobec kogokolwiek, poza rodakami pozostawionymi bez własnej winy, samymi sobie na obczyźnie.
Nasz nacjonalizm miał zawsze charakter obronny, a w sporze między imperialistami  a kolonizowanymi, raczej przez większość czasu bliżej było nam niestety do tych drugich. Teraz jednak, gdy powstajemy z trudem z imperialnej opresji ze wschodu i zachodu, nie potrzebujemy kolejnych kneblujących i krępujących zdrowy rozwój narodu i państwa hamulców. Ani w postaci hamujących regulacji prawnych, ani też skrywaną za politycznie poprawnymi łzawymi frazesami tworzoną „piątą kolumną” w naszym kraju znajdującym się ciągle na dorobku. Doświadczenie nam podpowiada, że sami najlepiej rozwiązujemy własne problemy.
Konrad Bonisławski
Tekst ukazał się pierwotnie w „Polityce Narodowej” nr 9 (2011  r.)

[1] „MSWiA pracuje nad ułatwieniami dla imigrantów”, http://prawo.gazetaprawna.pl/artykuly/502885,mswia_pracuje_nad_ulatwieniami_dla_imigrantow.html (7.04.11)
[2] Ibidem
[3] http://www.mswia.gov.pl/portal/pl/2/9102/Pomoc_dla_cudzoziemcow.html (29.05.11)
[4] „Legalni imigranci”, Marcin Wojciechowski, gazeta.pl, http://wyborcza.pl/1,75478,9813267,Legalni_imigranci.html (11.06.11)
[5] Piotr Winczorek, „Polska niegotowa na imigrantów”, „Rzeczpospolita” z 4 marca 2011 r.
[6] Justyna Frelak, „Otwórzmy oczy na imigrantów”, Rzeczpospolita z 26.05.2011 r.
[7] https://wcd.coe.int/wcd/ViewDoc.jsp?Ref=PR416(2011)&Language=lanFrench&Ver=original&BackColorInternet=F5CA75&BackColorIntranet=F5CA75&BackColorLogged=A9BACE (13.05.11)
[8] http://www.guardian.co.uk/politics/2011/feb/05/david-cameron-speech-criticised-edl (24.05.11)
[9] Warto dla zilustrowania tego prześledzić statystyki przestępstw popełnianych w USA z podziałem na grupy etniczne
[10] http://wiadomosci.wp.pl/kat,1010221,title,Hindus-urzeduje-w-moim-osiedlowym-spozywczaku,wid,13329858,komentarz.html (12.05.11)
[11] http://www.timesofmalta.com/articles/view/20110413/local/New-rights-for-immigrants.359707 (16.05.11)
[12] http://www.rp.pl/artykul/646175_Polscy-bankruci-z-Wysp.html (18.05.11)
[13] ibidem
[14] http://www.psz.pl/tekst-27324/Migracje-we-Wloszech, [10.04.2011]
[15] Agnieszka Rybiński, „Tunezyjczycy obnażyli brak solidarności w Europie”, http://www.rp.pl/artykul/646309.html (13.05.11)
[16]http://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/artykuly/513508,szwajcaria_przywroci_kontrole_na_granicach_i_wystapi_z_schengen.html  [16.05.2011]
[17] Monika Rębała, Szturm na Europę, Newsweek Polska nr 10/2011 z 13.03.2011
[18] http://jp.dk/indland/article2310021.ece (19.05.11)
[19] http://wyborcza.pl/1,76842,9453147,Holendrzy__kto_bedzie_zrywal_wasze_tulipany_.html (16.05.11)

[20] http://derstandard.at/1297818613960/Ministerratsbeschluss-Neues-Fremdenrecht-Regierung-zufrieden-Opposition-empoert (16.05.11)
[21] za: Patrick Buchanan, „Śmierć zachodu”, wyd. pol. 2005, s. 123
[22] Marek Koprowski, „Muzułmanie zaludniają Rosję”, http://nczas.home.pl/wiadomosci/europa/muzulmanie-zaludniaja-rosje/ (29.05.11)

[23] ibidem
[24] ibidem
[25] Swoją drogą porównując to do krytykowanego przecież nieekwiwalentnie niskiego i jednorazowego „becikowego” w naszym kraju, aż się chce wyemigrować do Rosji lub przyjąć ich przepisy
[26] http://www.liberation.fr/sports/01012335787-absurdite (12.05.11)
[27]        Jean-Marie Le Pen, Nadzieja. Rozważania o Francji i Europie, wyd. polskie, Warszawa 1994, s. 37-38
[28]        Zgoła odmienny jest stosunek FN do białych imigrantów z tego obszaru geograficznego.
[29] „Krytyki Politycznej przewodnik lewicy. Idee, daty i fakty. Pytania i odpowiedzi”, Warszawa, 2007, s. 199
[30] Rocznik GUS za rok 2009
[31] Kraj ten w ciągu zaledwie 30 lat zanotował niemal dwukrotny wzrost liczby ludności, bynajmniej nie z powodu imigracji

źródło:  narodowcy.net

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz