piątek, 15 lipca 2011

Socjalizm z rozmachem ,czyli "Porwaliśmy własne dziecko!"

Polacy często uważają, że wszędzie w Europie dzieci wychowuje się tak samo – czasem przytula, czasem krzyczy. Nic bardziej błędnego. Rodzice 9-letniej Nikoli przekonali się, że w Norwegii wolno nie przytulać, ale za krzyki zabierają dziecko. By Nikolę odzyskać, musieli ją porwać z rąk norweskich służb socjalnych.
Helena Rybka myślała, tak jak niemal każdy zostawiający za sobą gdzieś pod Kutnem czy Chojnicami dawne nieudane życie, że Norwegia to raj. Jest praca, pieniądze i godne życie. A że inne niż w Polsce? Co znowu! Wszędzie przecież ludzie wyznają to samo: nie zabijaj, nie kradnij, stój na czerwonym, ruszaj na zielonym. A reszta to głupstwa. Helena zostawiła pracę w szpitalu. Była salową. Wybrała sprzątanie norweskich szkół. Arek, jej mąż, porzucił stocznię, ale szybko znalazł pracę w norweskiej fabryce. Myśleli: przecież wszyscy chowają dzieci tak samo, całuje się je, przytula, czasem się krzyczy, czasem da klapsa. Teraz już wiedzą: w Norwegii można nie całować, można nie przytulać, ale krzyczeć i uderzyć nie wolno.
Po pięciu latach w Norwegii Polska wydawała się Helenie bardzo odległa. Nawet jeśli języka wciąż nie znała, to na północy mieszkała już i pracowała cała jej rodzina: dwóch dorosłych synów z pierwszego małżeństwa, obecny mąż, do szkoły poszła ich córka Nikola. Dziewczynka w tym roku skończyła dziewięć lat i płynnie mówi po norwesku. Dziecko w norweskiej szkole to prawdziwy skarb. Zawsze można liczyć na pomoc, a to z gminy, a to od państwa. To wie tutaj każdy.
Kiedy więc pierwszy raz przyszły urzędniczki, grzeczne, uśmiechnięte, serdeczne, i pokazały legitymacje Barnevernet (Urząd Ochrony Praw Dzieci), Helena szczerze się ucieszyła. Choć nazwy Barnevernet nigdy nie słyszała. Ale podpytała w szkole i tam powiedzieli, że to szacowna instytucja. Działa od pół wieku. I podlega specjalnemu ministerstwu do spraw dzieci i równości. Helenie spodobało się to, co usłyszała: urząd przyznaje pomoc finansową, socjalną i psychologiczną rodzinom, które potrzebują wsparcia w wychowywaniu dzieci. Może np. opłacić pobyt dziecka w przedszkolu lub w świetlicy szkolnej, zorganizować i opłacić zajęcia pozaszkolne, korepetycje, sesje z terapeutą. Helena tak kombinowała: normalnie to człowiek od urzędu do urzędu się nabiega, żeby wyrwać jakąś pomoc, choć parę groszy, a tu, proszę, sami do domu przyszli.
Jak się nie cieszyć? Jeśli jacyś norwescy urzędnicy interesują się jej rodziną, pytają, czego jej brakuje, jakie mają problemy, to może być z tego tylko coś dobrego. A właśnie to ich interesowało. Kiedy więc przyszli znowu, poskarżyła się, że musi żyć w kawalerce. Z mężem i Nikolą trochę ciasnawo. Tamci rozejrzeli się wokół, posiedzieli, pokiwali głowami, wyciągnęli kartki i długopisy, coś notowali, coś pogadali między sobą po norwesku. Co pisali i co mówili, tego Helena nie wie, bo języka nie zna, ale kiedy wychodzili, uśmiechali się do niej. Pomyślała, choć wszyscy Norwegowie ciągle się uśmiechają, że te ich uśmiechy to jednak dobry znak.
I tak było! Po miesiącu Barnevernet przyznał Helenie dopłatę do czynszu, aby mogła wynająć dwa pokoje. Przyznali tę dopłatę Nikoli, żeby dziecko miało własny pokój. Starczyło nie tylko na dwa pokoje, ale i na ogródek, i mały trawnik, gdzie dziewczynka mogła się bawić.
Następnym razem panie z Barnevernet od razu zwróciły uwagę na ten trawniczek. Uśmiechały się jak poprzednio, ale chyba nie były zadowolone. Zwróciły uwagę, że Nikola bawi się sama. Sama to niebezpiecznie, smutno i depresyjnie. Tyle Helena zrozumiała. Ale czym się przejmować, skoro oni tacy mili. Uśmiechali się i długo pytali o córkę. Czego Nikoli brakuje, co lubi robić, czym się interesuje? Może rysuje albo rzeźbi, a może biega albo pływa? Ma hobby? Na koniec obiecały opłacić dziewczynce zajęcia jazdy konnej i świetlicę, żeby po szkole dłużej mogła przebywać z rówieśnikami i szlifować norweski. Helena była szczęśliwa.
Na to, że pytali też o nią i męża, machnęła ręką. To, o co pytali, było dla niej śmieszne, wręcz dziecinne. Ot, choćby ciche dni. Kiedy pytali o kłótnie małżeńskie, odpowiadała, że bywają, jak to w małżeństwie, normalnie. Ale krzyczeć na siebie to raczej nie krzyczą, a ciche dni to i owszem, nawet kilka z rzędu się zdarza. Wiadomo, ciche dni to na faceta najlepsza metoda! A pani z Barnevernet aż przysiadła, zbladła, jakby trupa ujrzała. Powiada: ciche dni, gorzej być nie może. Ciche dni to długotrwałe napięcie, które krzywdzi wszystkich w rodzinie. Nikoli bardzo szkodzi takie napięcie, rozbija ją emocjonalnie, destabilizuje. Jak są ciche dni, to konflikt nie ma rozwiązania, ujścia, a przez to zakończenia.
Pani z Barnevernet zasugerowała, że oboje z mężem powinni podjąć terapię w specjalnym ośrodku gminnym. Mówiła, że są tam pracownicy socjalni przeszkoleni w psychologii, mediacji i rozwiązywaniu konfliktów. Helena miała ochotę postukać się w głowę, ale nie chciała obrazić pani – w końcu to urzędniczka z wizytą, za świetlicę i jazdę konną córki obiecała płacić.
Koleżanka Polka, co ma męża Norwega, mówiła później Helenie, że takie opowieści o kłótniach albo cichych dniach to dla norweskiego urzędnika może być szok. Lepiej już nic nie mówić. Mówiła, że Barnevernet szczególnie uważnie pilnuje rodzin polskich imigrantów. Wszystko dlatego, że Norki (jak Norwegów nazywają polscy imigranci) – opowiadała koleżanka – mają o Polakach wyrobioną opinię. Uważają, że Polacy swoje dzieci biją, poniżają słownie, krzyczą na nie, a w najlepszym razie bardzo surowo karzą. Dla Norwegów nie do pomyślenia są zakrapiane alkoholem grille z udziałem dzieci, palenie w pomieszczeniach, w których są dzieci, przeklinanie przy nich. A to wszystko, ich zdaniem, robią Polacy. Helena pamięta, że jak tego słuchała, to się śmiała. Myślała, że to żarty.
Minął jakiś czas, w październiku ubiegłego roku pani z Barnevernet przyszła znowu. Uśmiechała się. Powiedziała jednak: mamy problem. Mówiła, że jest zmartwiona i zaniepokojona: był telefon ze szkoły Nikoli, powiedzieli, że dziewczynka ma poważne problemy, jest smutna, a ktoś nawet widział, że na przerwie płakała. Płakała! Jeśli dziewięcioletnie dziecko płacze, to oznacza jedno: potrzebuje natychmiastowej, kompleksowej pomocy. Dzieci same z siebie nie płaczą. Płacz dziecka na przerwie równa się kryzys.
Helena, jak zawsze, posadziła panią z Barnevernet, podała herbatę, ciasteczka. Sama myślała: dlaczego zadzwonili do nich ze szkoły? Kto zadzwonił? Musiało się stać coś innego. Nie może chodzić o zwykły płacz. Tak kobieta nie mówi mi prawdy!
Pani urzędniczce zaś wyjaśniła, że owszem, jest sytuacja ostateczna. Babcia Nikoli jest w szpitalu i najpewniej nie wyjdzie. Znaczy się, umrze. Pani z urzędu długo przyglądała się Helenie znad filiżanki herbaty. Nawet uśmiechać się przestała. Chyba była jeszcze bardziej zaniepokojona, niż kiedy przyszła. Musiała sobie pomyśleć, że w tym domu naprawdę jest poważny problem. Poważniejszy, niż mogła przypuszczać. Przecież nie płacze się dlatego, że babcia umiera. Śmierć to oczywisty finał życia.
Po kilku dniach Helena dowiedziała się, że ostatnia rozmowa to także był efekt standardowej norweskiej procedury. Telefon ze szkoły także. Każda osoba pracująca z dziećmi: nauczyciel, trener, pediatra, ma ustawowy obowiązek zawiadomić Barnevernet, jeśli dostrzeże u dziecka niepokojące zachowanie: smutek albo, jak u Nikoli, właśnie płacz. Płacz na liście niepokojących sygnałów jest bardzo wysoko.
Później było już coraz gorzej. Helena widziała przez okno, że inna pani z urzędu raz i drugi odprowadza córkę po szkole do domu, przechadza się z nią, rozmawia. O czym rozmawiałyście? – pytała matka. – O tym, czego mi trzeba i czemu jestem smutna – odpowiadała córka. Kolejna wizyta. Tym razem konkretne pytanie prosto z mostu. Pani urzędniczka chciała wiedzieć, czy to prawda, że Helena zabroniła Nikoli spotykać się z norweską koleżanką z sąsiedztwa?
Owszem, Helena zabroniła. Miała swoje powody. Opowiedziała pani z Barnevernet, że koleżanka z sąsiedztwa rozkręciła Nikoli komputer, a dla Heleny naprawa to poważny wydatek. Nie stać jej. To samo z pralką. Koleżanka z sąsiedztwa nasypała trocin do bębna, bardzo ją śmieszył ten dowcip, a Helena musiała pożyczać później na tę pralkę pieniądze. Na koniec koleżanka z sąsiedztwa chciała wołać policję, bo Nikola upuściła jej chomika na chodnik. Niby niechcący, ale stworzyła zagrożenie życia chomika. Koleżanka powiedziała, że Nikola maltretuje zwierzęta i nie respektuje ich praw, a tego robić nie wolno. To sprawa poważna. Można rzec, kryminalna.
Helena nie chciała ani trocin w pralce, ani spraw kryminalnych, więc zabroniła Nikoli spotykać się z koleżanką. Powiedziała, że inaczej będzie szlaban. Pani z urzędu długo notowała coś w zeszycie. Widać, że była bardzo poruszona. Kiedy skończyła, powiedziała, że bardzo się martwi o Helenę. Nie wie, co ma począć. Z czymś takim nie spotkała się podczas całej kariery. Czyż Helena nie zdaje sobie sprawy, co takiego uczyniła? Czy tylko udaje? Przecież właśnie naruszyła podstawowe prawa człowieka – prawo do wolności własnej córki. A ten szlaban! To psychiczny terror w najczystszej postaci. Nikt nie ma prawa więzić drugiego człowieka, chyba że państwo po sądowym wyroku.
A kolejna wizyta była już ostatnia. Panie z Barnevernet przyszły we dwie. Poleciły, żeby Nikola nazajutrz się spakowała. Pojedzie do rodziny zastępczej. Na jak długo? Może na 48 godzin, może na cztery tygodnie, góra na sześć. W tym czasie urząd podejmie decyzję, co dalej. Będą monitorować sytuację w rodzinie Heleny, jej stosunki z mężem. Będą obserwować, przeprowadzać badania, ankiety, testy – normalna procedura. Muszą się zorientować, czy Nikola może nadal wychowywać się w domu. Miały ze sobą raport. Pierwszy dokument przetłumaczony na język polski. Były tam notatki ze wszystkich wizyt, z tezami i wnioskami.
Było o nieporadności rodziców, kłótniach małżeńskich, o cichych dniach, o samotnych zabawach Nikoli w ogródku, o śmierci babci, emocjonalnej huśtawce i nieprzepracowanych negatywnych emocjach, które zamieniają się w płacz. Było w końcu o ograniczaniu wolności osobistej dziecka.
Na koniec Helena znalazła cytat z wywiadu z córką. Nikola mówiła, że bardzo kocha mamę i martwi się, że mama nie ma pracy. Z tego powodu jest jej bardzo smutno, bo widzi, że mama bardzo się martwi tym brakiem pracy. Bardzo chciałaby mamie pomóc, ale nie wie jak.
We wnioskach napisano, że matka nie jest w stanie zapewnić córce emocjonalnego bezpieczeństwa, zrzuca swoje problemy na barki dziecka, tworząc depresyjną atmosferę, to zaś uniemożliwia Nikoli harmonijny i bezpieczny rozwój. Następnego dnia Nikola odjechała ze szkoły z dwiema urzędniczkami. Mijały dni. Od Nikoli przychodziły SMS-y (nielegalne, Helena wcisnęła jej w tajemnicy przed urzędnikami komórkę). Co dzień o piątej, najpóźniej szóstej rano: „Mamo, kiedy mnie zabierzesz? Ile jeszcze? Kiedy wrócę do domu?”.
Nikt nie przychodził, by obserwować życie Heleny. Nie było ankiet, monitorowania, badania, rozpytywania. Oprócz SMS-ów były jeszcze spotkania z Nikolą – dwie godziny raz w tygodniu. Trudne spotkania. Pani z Barnevernet powiedziała, że nie wolno płakać, nie wolno się też przytulać. Płakanie i przytulanie ma destrukcyjny wpływ na stan emocjonalny Nikoli. Ten zaś po odseparowaniu od nagromadzonych w domu rodzinnym nieprzepracowanych negatywnych emocji poprawia się z dnia na dzień. Trzeba było, co prawda, zamykać czasem nowy pokój Nikoli na klucz i odprowadzać ją do szkoły, ale jest naprawdę coraz lepiej. Dziewczynka jest radosna i ma apetyt.
A następnego dnia o piątej rano znów SMS: „Mamo, kiedy mnie zabierzesz do domu? Czy jeszcze mnie chcesz?”. Helena powoli traciła zmysły. Co jeszcze można zrobić? Gdzie szukać pomocy? Pierwsza myśl: polski konsulat w Oslo. Druga: media. Źle to się skończyło. Pani konsul wysłała list z interwencją do Barnevernet. Napisała, że Nikola jest obywatelką polską i że nie można ot tak, nawet jeśli rodzina nie jest idealna, odebrać dziecka rodzicom. Powołała się na międzynarodowe konwencje i autorytet ONZ, ale odpowiedzi nie dostała.
Jeszcze gorzej poszło z mediami. Jedna z gazet napisała, że Norwegowie porwali polskie dziecko i że pani konsul uważa Barnevernet za organizację totalitarną, mało tego, porównuje Barnevernet do Hitlerjugend. Wybuchł skandal.
A rano przyszły kolejne SMS-y. Helena wzięła adwokata. Norwega. Ten przeczytał raport Barnevernet i powiedział, jaki jest scenariusz: za sześć tygodni będzie sprawa sądowa, którą Helena przegra. Straci prawa rodzicielskie. Nikola trafi do rodziny zastępczej. Będzie tam aż do pełnoletności. Sąd zakaże jakichkolwiek kontaktów z biologicznymi rodzicami – to standardowa procedura. By chronić dziecko przed bolesnymi wspomnieniami i rozchwianiem emocjonalnym, będzie się też starać ograniczyć jej kontakty z mniejszością polską, a także z polskim językiem i kulturą. W tym celu wybierze dla niej odpowiednie – oddalone od tych destruktywnych czynników – miejsce osiedlenia. O piątej rano: „Mamo, kiedy wrócę do domu?”. Był 29. dzień u rodziny zastępczej.
Helena postanowiła działać. Wezwano detektywa Krzysztofa Rutkowskiego. Wezwano – bo nikt się teraz nie przyznaje, że go wezwał. Ani Helena, ani konsulat. Matka przez tajny telefon zaczęła przygotowywać dziecko: „Nie możemy cię porwać. To ty sama musisz... Jeśli chcesz...”. Chciała. Wiadomość od Nikoli: „Mamo, nauczyłam się blokować okno. Jestem gotowa”. Człowiek od Rutkowskiego podrzucił dyskretnie linę. W nocy o umówionej porze czekał w ogródku. Dziewczynka zawiązała sznur na ramie łóżka. Potem piętro w dół. Przez zablokowane okno. Na dole człowiek Rutkowskiego. Miał asekurować Nikolę. Na ulicy czekały samochody. Do Nikoli dołączyli rodzice, którzy w Norwegii zostawili wszystko: meble, pracę. A potem była już tylko ucieczka: Szwecja, Dania, Niemcy, Szczecin.
Kiedy rodzina zastępcza, której oddano Nikolę, się obudziła, dziewczynka była już w Polsce. W środę 29 czerwca o 9 rano norweska policja przyjęła zgłoszenie o zaginięciu Nikoli.
Jeszcze tego samego dnia norweskie media podniosły alarm: porwano dziecko. Norweskie prawo nie zna określenia „rodzic”, tylko „opiekun”. Rodzic i opiekun w świetle prawa znaczy to samo. Pisano więc: „detektyw-kidnaper porwał dziecko prawowitym opiekunom”. Gazety dodają sensacyjne doniesienie: rodzice Nikoli kłócili się i byli bliscy rozstania! Stąd interwencja Barnevernet.
Sam urząd niczego nie potwierdza, niczego nie komentuje. Rzeczy, którymi się zajmuje, są poufne. To rodzinne, intymne sprawy. Jednak bardzo martwią się o Nikolę. Przecież tyle zachodu kosztowało norweskie służby zapewnienie jej stabilnej emocjonalnie przyszłości.

Autor Igor T. Miecik

Źródła: Newsweek Polska

4 komentarze:

  1. Nasi chcą socjalistycznego "raju"ale widać niedostosowani są.Unijnych standartów nie spełniają.Skandynawowie mają osobowość i temperament "zimnych ryb"a my Polacy nie,wręcz przeciwnie naród emocjonalny,charakterny,co wychodzi na wierzch w stosunkach rodzinnych i nie tylko,ale za granicą to powód by traktować nas jako potencjalny element przestępczy przez miejscowych dla których jesteśmy "dziwni",do tego "przyrodzony"nam brak szacunku do prawa i oto są wyniki.Z socjalistycznych krajów w ue jaki jest najstrawniejszy do życia?Bo skandynawskie "raje"socjalistyczne słabo się dla nas nadają,Hiszpania?Anglia?Irlandia?

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem jak z prawem w Irlandii ,ale to oni przecież byli na NIE w referendum do UE ,a są nam genetycznie bliscy w przeciwieństwie do niemców ,czy skandynawów (chociaż nawet skandynawowie są nam bliżsi niż niemcy ,mamy ponoć gen Wotana który ma co dwudziesty mężczyzna w Polsce. To jakaś mutacja odnośnie siły czy coś takiego. Ale to przeczytałem kiedyś w Focusie więc można spokojnie to olać). Szkoci są zbyt apatyczni i konformistyczni. Szczerze to nie chce mi się zastanawiać nad tym ,najlepiej by było ,gdyby u nas do sejmu weszli ludzie z NP potem pójdzie falowo ,bo więcej ludzi się o nich dowie i będą musieli ich pokazywać chcąc nie chcąc w TV.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ponoć według sondażu Homo Homini Nowa Prawica ma ponad 7 procent ,więc jest naprawdę dobrze. Jestem skłonny w to uwierzyć ,bo JKM zajął 4 miejsce w wyborach prezydenckich pomimo ,że nie było ,aż tak silnej akcji w internecie i nie deklarowali swojego poparcia tak szanowani ludzie jak profesor Rybiński.Będzie dobrze. Jeszcze odzyskamy Polskę. A co mnie cieszy nasi znienawidzeni sąsiedzi zza zachodniej granicy ,którym nasze istnienie od początku było nie w smak za jakieś 40 lat przestaną istnieć. Tylko pytanie ,czy gorsi niemcy z manią na punkcie niszczenia Polski ,czy arabowie z manią nawracania innowierców przysłowiowym mieczem.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten gen mają podobno głównie mieszkańcy Polski północnej a im dalej na południe tym bardziej zanika,raczej do Irlandii nam bliżej te same szalone głowy,Szkoci są zbyt purytańscy.Co do tego sondażu skoro Palikot o nim wspomina i podaje wyniki,to coś w tym jest a ten pan choć wariat jest bardziej szczery niż jakikolwiek polityk z dużych partii co niby mają duże poparcie,iskra nadziei zaczyna rosnąć co cieszy.Na razie bardziej martwi mnie zachód(niemcy)arabowie może i fanatycy ale technologicznie są słabo rozwinięci fanatyzm religijny mimo petrodolarów mocno ogranicza ich rozwój naukowy i technologiczny.A u nas słabo mogli by działać za bardzo rzucaliby się w oczy.Pamiętaj że pakistańczycy to nie arabowie,turcy też nie,ale są muzułmanami z drugiej jednak strony są Indie i Chiny co chociaż pakistan przystopują a turcy są od dawna do nas przychylnie nastawieni i co najważniejsze fanatyzm jest tam też sporo mniejszy niż w krajach arabskich.

    OdpowiedzUsuń